Zerwałem się szybko z zimnego
chodnika i ile sił w nogach zacząłem za nią biec krzycząc raz po
raz – Zatrzymaj się! Stój! To nie tak! – ale na próżno, gdyż
dziewczyna ani śniła się zatrzymać, czy choćby obejrzeć do tyłu
na mnie. Z reguły szybko biegam i schwytanie tak wątłej
dziewczyny, w dodatku na szpilach i pod wpływem, nie powinno
stanowić dla mnie problemu. Myślałem, że dorwę ją w trymiga,
jednak przeliczyłem się, gdyż zgubiłem ją na tłocznej Shaftesbury Avenue, gdzie zwinnie przemykała między rozpędzonymi autami. Na
mój widok nie wiedzieć czemu, nie chciały one nawet zwolnić, a o
przepuszczeniu mnie mogłem pomarzyć. Byłem wkurzony na samego
siebie. Jak mogłem dać się jej tak podejść? Mój instynkt
powinien był wyczuć co się święci. Zaskoczyła mnie pierwszym
ciosem – który był dość mocy jak na kobietę – nie dając mi
szans na pozbieranie się po nim. Chciałem zablokować jej rękę i
na spokojnie wyjaśnić, że to nie ja jestem ten zły, który chce
ją skrzywdzić, ale zanim zdołałem wykonać jakikolwiek ruch,
ponownie oberwałem – tym razem w żebra. Ta mała ma krzepę.
Nigdy nie powiem tego na głos, ale zyskała w moich oczach. Myślę,
że gdyby nie była kobietą, to potraktowałbym ją inaczej.
Normalnie podciąłbym nogi napastnikowi, a kiedy on by się
przewrócił, wskoczył bym na niego szczelnie przytwierdzając go do
ziemi, obezwładniając tym samym całkowicie jego ciało. Zabrałbym
też jego przedmiot ataku – tylko co ja bym w tym przypadku miał
niby zrobić z torebką? Nie mogłem darować sobie tego, że już na
wstępie schrzaniłem to zlecenie. Już widziałem minę mojej
przełożonej, jak się dowie, że Herrington uciekła i w dodatku
jeszcze mnie pobiła. Cholera jasna – dałem się pobić lasce –
moja duma tego nigdy nie zapomni. Nie wiedząc co mam z sobą począć,
zacząłem krążyć między londyńskimi blokowiskami. Miałem
nadzieję, że gdzieś tu się schowała, bo przecież nie mogła
uciec zbyt daleko w takich butach. Minęła godzina moich poszukiwać,
potem dwie, trzy, cztery. Wybiła trzecia w nocy, a Delilahi
Herrington jak nie było, tak nie ma. Wpadło mi jeszcze do głowy,
że może być już u siebie w domu. Nie czekając ani chwili dłużej
wsiadłem w auto i ponownie udałem się na Chelsea'e. Zaparkowałem
wóz w bezpiecznej odległości od jej willi – a właściwie willi
jej ojca – i ruszyłem rozeznać się w terenie. Nie zdążyłem
nawet dobrze wysiąść z auta, kiedy zauważyłem w oddali czarną
limuzynę, której kierowca obserwował dom przez lornetkę, a jeden
z trzech pasażerów, który zajmował miejsce obok niego, bawił się
magazynkiem pistoletu, który trzymał od niechcenia w dłoni.
Pozostali dwaj pogrążeni byli w dyskusji. Nie chcąc się rzucać w
oczy, wróciłem grzecznie do mojego Audi i odjechałem w przeciwnym
kierunku jak gdyby nigdy nic. Postanowiłem jechać do siebie.
Mieszkałem na obrzeżu miasta, a dokładniej w starej kamienicy przy Vaughan Road. Budynek był po remoncie, więc jego wizualny stan był
względnie w porządku. Znajdowało się w nim sześć mieszkań, w
tym moje własne, które przepisał mi na własność mój dziadek
zanim zmarł. Sąsiadów znałem praktycznie tylko z widzenia. W
większości byli to starsi ludzie, którzy nie mieli w zwyczaju
wyścibiać nosa poza obszar swoich mieszkań. Woleli wszystko
bacznie obserwować przez okna wybiegające na ruchliwą drogę lub
przez judasza, aby wiedzieć kto przemierza klatkę schodową. Może
nie było to moje wymarzone lokum, ale grunt, że własne. Z
biegiem czasu i w zakresie swoich możliwości przerobiłem jego
wnętrze, aby było nowocześniejsze i bardziej męskie. Dominowały
w nim ciemne kolory. Ściany pokryte były różnorakimi posterami
kapel których słucham, lub moimi własnymi mazidłami. Niegdyś sporo
szkicowałem i malowałem. Sporą część swoich starych rysunków
trzymam pod łóżkiem, z nadzieją, że kiedyś znajdę odrobinę
czasu i chęci na udekorowanie nimi mojej sypialni. Swoją drogą,
nawet nie wiem czemu to rzuciłem – mam na myśli sztukę.
Przecież zawsze lubiłem bazgrać po wszystkim, co mi się nawinęło
pod długopis czy ołówek. Wydaje mi się, że moja przygoda z
malowaniem dobiegła końca, kiedy przejąłem obowiązki ojca w
agencji. Wtedy byłem dumny, że chcą mnie na agenta – teraz
przeklinam ten dzień. Myślałem, że będę przydzielany do
prawdziwych akcji jak zdejmowanie przestępców, rozbrajanie bomb,
czy do ochrony Królowej Anglii. Nic z tego. Na mnie zawsze czekała
masa papierkowej roboty, czyszczenie i nastrajanie broni dla
tajniaków. Nie tak to sobie wyobrażałem.
Będąc już pod drzwiami mieszkania, siłowałem się chwilę z kluczem, który zawsze miał problem z przekręceniem się w zamku. Już do tego przywykłem. Po kilku mocniejszych szarpnięciach, udało mi się dostać do środka. Wewnątrz panował mrok.
– Myślałam że już nie przyjdziesz – usłyszałem znajomy głos, a wewnątrz rozbłysnęło światło lampki nocnej.
– Kurwa – zakląłem pod nosem.
– Gdzie byłeś? – zaczął się
wywiad.
– W pracy. Co ty tu robisz? – zapytałem prosto z mostu.
– Dorobiłam sobie klucze do twojego
mieszkania i oto jestem – dziewczyna zaśmiała się wesoło.
– Oszalałaś? Jakim prawem
dorobiłaś sobie klucze? Cholera, gdybym chciał, żebyś tu
przychodziła, kiedy ci się zachce, to sam bym ci dał zapasowe –
wściekłem się nie bez powodu.
– Ale misiu, to nie powód do
złości. Jestem twoją narzeczoną i to nic złego, że mam klucze – tłumaczyła się na marne.
– Narzeczoną? Nie przypominam
sobie, żebyśmy się zaręczyli – skrzyżowałem ręce na klatce
piersiowej i czekałem na wyjaśnienia.
– Wyrwało mi się, a ty już się
wściekasz. Swoją drogą, to jesteśmy razem już dość długo i
chyba czas na jakiś odważny krok naprzód ku naszemu wspólnemu
szczęściu.
– Mówisz o zerwaniu? – zaśmiałem
się.
– Bałwan z ciebie – przekręciła
oczami – Zayn nie rozumiem, co ci przeszkadza to, że mam klucze,
że się o ciebie martwię, że jako twoja druga połówka chcę
spędzać z tobą tyle czasu, ile tylko jestem w stanie. Nie musisz
być taki oschły – podeszła do mnie i chwyciła mnie za dłoń – Wiem, że przechodzimy przez trudny okres i niekiedy ciężko się
nam dogadać, ale jesteśmy silni i przez to przebrniemy. Kocham cię
i uwierz, że nie ma rzeczy, do której nie jestem zdolna, żeby
uratować naszą relację. Przysięgam – wyznała, po czym wspięła
się na palcach aby mnie pocałować. Nie mogłem jej odtrącić.
Szybko zwykły buziak przerodził się
w coś więcej i nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się razem na
podłodze. Brooke doskonale wiedziała co ma robić, żeby
przyśpieszyć moje bicie serca. Gdyby nie była taka dobra w te
klocki, to już dawno bym ją zostawił. Swoją drogą, jej słowa –
o tym, że nie ma rzeczy, której nie zrobi dla naszego związku –
zabrzmiały nieco jak groźba. Potraktowałem je na równi z
przestrogą typu „Nigdy się ode mnie nie uwolnisz, nawet gdybym
miała wytruć wszystkie dziewczyny na świecie.” Obym się mylił.
Nie wyobrażam sobie jej u mojego boku za dwadzieścia lat – choć
taka wizja usatysfakcjonowałaby moją matkę i Brooke. Mama
zwariowała na jej punkcie. Mam do siebie żal, że w ogóle
pozwoliłem się im poznać. Było około za kwadrans czwarta, kiedy
skończyliśmy robić swoje. Zmęczenie zaczęło brać nade mną górę.
Poprosiłem więc dziewczynę, by ta wróciła do siebie na noc. Nie
chciałem jej u swego boku, kiedy będę zasypiał. McAdams wkurzyła
się na mnie nie na żarty.
– Ty poważnie mówisz? – na jej
twarzy zagościło zdziwienie.
– Brooke, jestem padnięty. Za trzy
godziny muszę być w biurze. Miałem trudny dzień i chcę się
spokojnie zdrzemnąć – odparłem z grymasem.
– Dobrze. Kocham Cię mocno. W sumie
gdybym cię nie kochała, to nie wytrzymałabym tego, co ty
wyprawiasz - uśmiechnęła się szeroko i pocałowała mnie na
pożegnanie. Zaczęła podążać w stronę wyjścia.
– Klucze! – rzuciłem za nią.
– Słucham? – udała zaskoczoną.
– Daj mi klucze – rzekłem
stanowczo.
– Ale... – zaczęła.
– Daj. Mi. Klucze. – przecedziłem
każde słowo przez zęby.
– Jak sobie chcesz – wzruszyła
ramionami i położyła je na półce obok drzwi, po czym bez słowa
wyszła z mieszkania.
Cieszyłem się, że już sobie poszła.
Jej zachowanie strasznie mnie męczyło. Ja jestem facetem o
niebanalnym usposobieniu, więc przewidywalność i stabilizacja mnie
nudzą. Potrzebuję laski z charakterem, która wie czego chce, jest
dumna, dostojna, uparta i lubi stawiać na swoim. Ustępliwe kobiety
– tak jak Brooke – są dobre na jedną noc, bo potem się nudzą.
Dziewczyna powinna być nieprzewidywalna i zagadkowa. Musi znać
swoją wartość i nie może zadowalać się byle czym. To nie proste
spotkać taką osobę w dzisiejszym czasie, a już zwłaszcza taką,
która zrozumie mnie bez słów. Oddałbym życie za taką kobietę...
Nie tracąc czasu rozebrałem się do bokserek i ległem plackiem na
kanapie przed telewizorem. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Wyłączenie
umysłu po tak nużącym dniu nie było trudne. Zwykle nie miewam
snów, jednak tej nocy było inaczej. Ujrzałem oczyma wyobraźni
mroczny, przymglony las, po którym z oddali niosły się dźwięki
postrzałów. Biegłem na oślep przed siebie trzymając kogoś
kurczowo za dłoń i ciągnąc go za sobą. Nie wiem kto to był,
gdyż nie ujrzałem twarzy tej osoby. Czułem chłód zimnego
powietrza owiewającego me spocone od wysiłku ciało, oraz żar w
głębi serca. Bałem się, że coś złego może się stać – nie
mi – ale tej osobie. Z każdym krokiem, byłem coraz słabszy,
jednak nie wolno mi było się zatrzymać. Usłyszałem przeraźliwy
krzyk i w tym też momencie się przebudziłem, gdyż mój budzik
zaalarmował mnie, że wybiła już 6:30. Przetarłem zatem zaspane
oczy i niechętnie podniosłem się z łóżka. Podszedłem leniwym
krokiem do parapetu, na którym leżał hałasujący przedmiot i go
wyłączyłem. Następnie poszedłem do łazienki – załatwić
poranną toaletę – oraz do korytarza, w którym znajdowała się
szafa z moimi ciuchami. Wygrzebałem z niej pierwsze lepsze,
wyprasowane ciuchy, by je na siebie założyć. Padałem z głodu.
Nie miałem jednak czasu na robienie smacznego śniadania, więc
niczym strzała wpadłem do kuchni i rzuciłem się na lodówkę, w
której świeciło pustkami. Udało mi się wygrzebać z niej ostatni
kawałek ciasta, który dwa dni temu przywiozła mi mama. Ponieważ
trzymałem je w chłodnej temperaturze, nadawało się do zjedzenia.
Smakowało całkiem okay. Po porannym posiłku, stanąłem jeszcze
przed lustrem, w którym doprowadziłem się do jeszcze lepszego
porządku i wyszedłem z domu. Miałem 10 minut, by dostać się do
pracy. Wsiadłem więc do mojego auta i ruszyłem z piskiem opon
przed siebie. Moje myśli wciąż krążyły wokół tej Blondyny.
Czułem w kościach, że przez zgubienie jej poleci mi premia. Kląłem
na tą laskę w myślach używając dosadnych wyzwisk. Znajdując się
już na miejscu, przekroczyłem próg agencji z duszą na ramieniu.
Prosiłem Allaha, by szefowej nie było dzisiaj w robocie. Ledwie
zdążyłem się przywitać z kimkolwiek, a już usłyszałem, że
stara mnie wzywa do siebie. Na mojej twarzy pojawił się grymas
niezadowolenia. Nie mogłem jednak zignorować jej polecenia i
wstawiłem się do jej biura w mgnieniu oka.
– O której to się przychodzi do
pracy? – zapytała, gdy tylko uchyliły się drzwi jej gabinetu –
Jak idzie sprawa z Panną Herrington? – dociekała.
– Dobrze – skłamałem.
– Gdzie teraz jest? – zapytała.
– Tak się składa, że... –
wziąłem głęboki wdech, a następnie wydech – jakby to
powiedzieć... nie mam bladego pojęcia gdzie może być.
– Co ty do mnie mówisz? Jak to nie
masz pojęcia?! Czy upilnowanie jednej, bezbronnej małolaty jest aż
takie trudne?! – zaczęła po mnie jeździć.
– Bezbronnej – burknąłem pod
nosem i zaśmiałem się mimowolnie do samego siebie.
– Gdzie ją zgubiłeś? – padło
ponowne pytanie, tym razem wypowiedziane umiarkowanym tonem.
– Pod klubem – rzuciłem.
– Pod jakim klubem? Malik, konkrety!
– uderzyła otwartą dłonią w biurko.
– Pod Harms. Było coś koło
północy. Zorientowała się, że za nią chodzę. Chyba wzięła
mnie za jednego z tych bandziorów i zwiała – wzruszyłem
ramionami.
– Jak to zwiała? Czy ty słyszysz
co ty mówisz? – podniosła się z miejsca – Cholera jasna! Czy
tobie się wydaje, że to jakaś zabawa?! Tej dziewczynie grozi
niebezpieczeństwo! Jacyś bandyci chcą ją dopaść, a my nie mamy
jak ich zdjąć, bo nie mamy na nich jeszcze nic! Twoim zadaniem
było chronienie jej dupy, żeby ona doprowadziła nas do nich.
Miałeś tylko obserwować ją w bezpiecznej odległości, a ty
dałeś się zdemaskować już pierwszego dnia! Jak mogę dać ci
poważniejsze zlecenie, skoro nawet z takim sobie nie możesz
poradzić?! Zacznij traktować tę pracę poważnie, albo pakuj
manatki i wracaj do piaskownicy. – ponownie uderzyła dłonią w
biurko – Masz czas do wieczora, żeby ją odnaleźć i lepiej dla
ciebie, żeby była jednym kawałku. Od dzisiaj masz z nią chodzić
krok w krok. Rozumiesz? Z nią, a nie za nią. Czy wam się to
obojgu podoba, czy nie. Teraz wracaj do swojej roboty – rozkazała,
a ja potulnie opuściłem jej gabinet zmierzając do swojego biurka.
Usiadłem na obrotowym krześle i
kopnąłem kosz pełen starych papierów. Kipiałem ze złości.
Wiem, że zawaliłem, ale robiłem co w mojej mocy żeby ją znaleźć.
Czy ja jestem jakimś jasnowidzem, żeby wiedzieć, gdzie ona się
podziewa? Londyn jest dużym miastem. Miałem właśnie odpalać
komputer, żeby wrócić do moich mniej porąbanych obowiązków,
kiedy usłyszałem głos Craig'a dobiegający z końca pomieszczenia.
– Malik! Chodź prędko! Mam coś
dla ciebie! – krzyczał. Niechętnie podniosłem tyłek z
krzesła i ruszyłem w jego stronę.
***Delilah's POV***
Po szamotaninie z tym przestępcom
biegłam przed siebie ile sił w nogach. Zatrzymałam się dopiero
wtedy, kiedy miałam pewność, że go zgubiłam. Nie wiedziałam,
gdzie mogę się udać. Nie mogłam iść przecież do domu, bo to
byłoby nierozsądne posunięcie, niczym dobrowolne pakowanie się w
szczękę lwa. Roztrzęsiona plątałam się po parku... Byłam
zmarznięta, głodna, skonana i pozbawiona wszelkiego planu
działania. Osiadłam na drewnianej ławce pod rozłożystym drzewem.
Chciało mi się płakać. Modliłam się, by to wszystko okazało
się tylko złym snem, o którym po przebudzeniu nie będę pamiętać.
– Co za noc. – wyszeptałam ckliwie do samej siebie. Po raz
kolejny poczułam się samotna. Tym razem jednak, była to inna
samotność – bardziej nostalgiczna. Uświadomiłam sobie, że ja
nikogo z wyjątkiem ojca – który aktualnie przebywa w więzieniu –
nie mam. Jestem na tym świecie sama jak palec. Nie mam ani jednego
adresu, pod który mogłabym się udać, kiedy stanie się coś
złego. Jak mam czerpać radość z życia, kiedy nie mam tej radości
z kim dzielić? Wszystko zaczyna być pozbawione sensu. Wiem, że Ben
jest we mnie zapatrzony, ale on z czasem pójdzie w swoją stronę.
Nie umiem go pokochać, ani związać się z nim. Byłabym chyba
potworną dziewczyną. Nie należę do osób, z którymi jest łatwo
się związać, bo to ja sama niczego nigdy nikomu nie ułatwiam.
Bywam trudna i temperamentna. Stanowiłabym wyzwanie dla mężczyzny gotowego mnie pokochać, ponieważ nie
należę do osób, za którymi świat zwykł podążać. Nie umiem
wciskać sympatycznych komentarzy, gdyż wszystko co mówię, opiera
się na szczerości. Jeżeli ktoś jest dupkiem w stosunku do mnie –
wyrzucam go ze swojego życia. Jestem denerwująca, wesoła, uparta,
delikatna, ale też twarda kiedy trzeba. Doprowadzę chłopaka do
wrzasku i sprawię, że z bezradności i złości będzie uderzał
pięściami w ściany. Zrujnuję jego każdy dzień i naprawię w
ostatniej sekundzie. Doprowadzę go do szaleństwa, a on niekiedy
będzie przeklinał moją odwagę i śmiałość. Ale nawet jeśli do
tego wszystkiego dojdzie – a przysięgam, że tak – jest też we
mnie piękna strona osobowości. Mam ogromne serce. Zawsze będę
przy nim, kiedy będzie mnie potrzebował. Nawet jeśli nasze wspólne
życie będzie niesamowicie poplątane, postaram się je rozwikłać
poprzez miłość. Nie przestanę się o niego troszczyć – nawet
jeśli mnie odtrąci. Szkoda tylko, że nie ma na tym świecie
faceta, który chciałby mnie dokładnie taką jaka jestem. Swoją
drogą, jak ja mogę rozmyślać o miłostkach, kiedy gonią mnie
jakieś zbiry. Teraz pluję sobie w twarz, że nie posłuchałam ojca
i nie wzięłam ochrony. Muszę coś z tym zrobić.
Około 7 rano doszłam do wniosku, że
mogę się już bezpiecznie zabrać z tego parku. To był cud, że
nie napotkałam tutaj ani policji, ani jakiś pijaków. W dalszym
ciągu nie wiedziałam, co ze sobą począć. Nie spałam całą noc,
więc z pewnością miałam wręcz czarne cienie pod oczami, włosy
godne pożałowania i wymiętą od ławki sukienkę, a jakby tego
było mało moje usta na bank potrzebowały szczoteczki i pasty do
zębów. Zapragnęłam wrócić do domu. Marzyła mi się gorąca
kąpiel, syte śniadanie, kakao i długi sen. Nie mogłam jednak iść
tam sama. Na szczęście przez noc napłynął mi do głowy nowy
pomysł. Podniosłam się zatem z niewygodnej ławki i zaczęłam
zmierzać pod jedyny adres, który wydał mi się na obecną chwilę
pomocny. W głowie kreśliłam kolejne linie mapki Londynu, która
miała mnie dowieść do celu. Rzecz jasna wahałam się po drodze,
czy aby na pewno powinnam tam iść, bo nie chciałam robić z siebie
większej idiotki. Kiedy będąc już na miejscu, po naciśnięciu
klamki przekroczyłam próg wejściowy, nie było już mowy o
odwrocie. Wszyscy byli tu bardzo zabiegani. Latali ze stosami
papierów wte i wewte. Czułam się jak w jakiejś cholernej dżungli
biurokratów. Stanęłam przy drzwiach i nie wiedziałam, co dalej.
Usłyszałam, jak ktoś się do mnie zwraca.
– Proszę pani, mogę jakoś pomóc? – otrząsnęłam się z chwilowego zamysłu i dostrzegłam
średniego wieku mężczyznę siedzącego za biurkiem naprzeciwko
mnie. Uśmiechnęłam się mimowolnie i podeszłam do niego.
– Właściwie, to sama nie wiem –
westchnęłam i usiadłam po drugiej stronie.
– Raczej nie przyszłaby tu pani bez
wyraźnego powodu – odparł wyraźnie zniesmaczony moim
niezdecydowaniem.
– Chodzi o to, że od jakiegoś
czasu dręczą mnie głuche telefony o każdej porze dnia i nocy.
Kiedy podnoszę słuchawkę, słyszę tylko czyjś oddech, ale nikt
się nie odzywa. Zaczęłam też dostawać jakieś anonimy z
groźbami. Początkowo to ignorowałam, bo mój dom jest świetnie
zabezpieczony najnowocześniejszymi systemami alarmowymi i
przeciwwłamaniowymi, ale wczoraj przez cały dzień ktoś za mną
chodził krok w krok – wyjaśniłam. Czułam się jakbym opowiadała
historię do gazety. Mężczyzna słuchał mnie z uwagą.
– Czy umie pani opisać tego kogoś? – zapytał.
– Tak. Miał ponad 20 lat, ciemną
karnację, tatuaże, zarost, skórzaną kurtkę i nie odrywał ode
mnie wzroku – opisałam tamtego dupka.
– Jakiej był ten ktoś płci? – usłyszałam.
– Słucham? A jakiej mógł być,
jeśli używam rodzajnika męskiego? – syknęłam.
– Proszę grzeczniej – upomniał
mnie.
– Widziałam go wczoraj jakieś trzy
razy. Był w tych samych miejscach co ja.
– A jest pani pewna, że nie
pomyliła go pani z kimś innym. W Londynie jest wiele tak
wyglądających mężczyzn. Może macie tych samych znajomych, lub
uczęszczacie przypadkowo do tych samych miejsc.
– Odnoszę wrażenie, że mnie pan
zbywa – wkurzyłam się.
– Ponieważ nie jest pani dość
wiarygodna – odparł ze złośliwym uśmiechem.
– Właśnie opowiadam panu o tym,
jak ktoś mnie prześladuje, a pan twierdzi, że nie jestem
wiarygodna? – zapytałam z wyrzutem.
– Kolejny raz przywołuję panią do
porządku! – wkurzył się.
– To pana powinno się przywołać
do porządku! Nabył pan uprawnienia do munduru na aukcji
internetowej?
– Proszę się uspokoić, inaczej
zostanie pani stąd wyprowadzona.
– Proszę mi tylko powiedzieć,
kiedy zacznę być tutaj traktowana poważnie? Jak pojawi się w
prasie artykuł o tym, jak Delilah Herrington została brutalnie
zamordowana, a jej ciało znalazł przypadkowy przechodzień w
pobliżu Tamizy całe poćwiartowane i w stanie rozkładu?! – wykrzyczałam.
– Proszę powtórzyć nazwisko –
poprosił.
– Delilah Herrington.
– Lewis, powiedz mi, kto zajmuje się
sprawą 165616? – zwrócił się do kolegi z biurka obok.
– Malik – usłyszał w odpowiedzi.
Nie rozumiałam o co chodzi i o jakiej
sprawie mówią między sobą. Czułam się ośmieszona. Ten oficer
potraktował mnie jak tępą blondynę z urojeniami. Miałam ochotę
go zaskarżyć o zniewagę, ale i tak nie miałabym szans w żadnej
rozprawie z organem prawa.
– Malik! Chodź prędko! Mam coś
dla ciebie! – krzyknął nagle gdzieś w głąb sali. W głębi
ducha się ucieszyłam, bo miałam nadzieję, że przydzieli mi
jakiegoś ochroniarza czy czym to oni się zajmują. Nie minęła
minuta, kiedy ów Malik do nas podszedł. Nie wierzyłam własnym
oczom.
– Twoja zguba. Tym razem jej nie
spuszczaj z oka – zwrócił się do niego oficer. Tamten nic się nie
odezwał, tylko stał za mną.
Czułam jak jego wzrok wierci mi dziurę
w plecach. Nie wytrzymałam i odezwałam się:
– Co on tu robi? – domagałam się
wszelkich wyjaśnień.
– To twój ochroniarz – usłyszałam.
– Jak to ochroniarz? Przecież to on
mnie wczoraj... a teraz jest tu... a ja... przecież... – załamałam
się.
– Na słuch ci się rzuciło? – zapytał rozgniewany ten cały Malik, czy jak mu tam.
– Malik, hamuj – upomniał go
kolega.
– Żądam kogoś innego! – oświadczyłam głosem niecierpiącym sprzeciwu.
– Skarbie, to nie jest koncert
życzeń. – powiedział ten, który mnie przesłuchiwał.
– Ale on nie może... – zaczęłam.
– Załatwcie to między sobą. – przerwał mi oficer i poszedł w swoją stronę.
Mulat zbliżył się do mnie. Usiadł
na biurku przy mnie i zaczął się we mnie wpatrywać. Unikałam
jego wzroku. Chciałam zapaść się pod ziemię. Nie rozumiałam, co
jest tutaj grane. Ponownie postanowiłam się odezwać jako pierwsza.
– Więc, jesteś moim ochroniarzem? – facet kiwnął twierdząco głową – ale jak to możliwe?
– Twój ojciec zadbał o to, by nie
spadł ci włos z głowy – powiedział już dość spokojnym tonem.
– Ojciec jest przecież...
– W kiciu – dokończył za mnie –
Chciał cię chronić i wynajął nas do tego.
– Nas? – dociekałam.
– Tak. Przede mną chodziło za tobą
czterech innych agentów, ale oni zostali przydzieleni do innej
roboty – wyjaśnił.
– Wszyscy?
– Prawie – rzucił.
– Jak to prawie?
– Nie istotne – usłyszałam w
ramach odpowiedzi.
– Dla mnie tak! – wkurzyłam się.
– A to akurat mnie najmniej obchodzi
– założył rękę za rękę.
– Jak masz mnie niby teraz chronić,
kiedy ja już wiem, że jesteś moim bodyguardem? – zapytałam
przenikliwie.
– Nie wolno mi cię odstępować na
krok – przesłał mi wymuszony uśmiech.
– Żartujesz? – osłupiałam.
– Chciałbym – syknął.
– Świetnie. Czyli jesteśmy na
siebie skazani – przewróciłam oczami.
– Ja też skaczę ze szczęścia – wyczułam ironię w jego odpowiedzi.
– Ile już za mną chodzisz? – zapytałam bez ogródek.
– Czy to ważne?
– Ile? – zaakcentowałam pytanie.
– Od wczoraj rana – rzucił drapiąc
się po głowie.
– I ja od wczoraj rana widziałam
cię aż trzy razy gapiącego się na mnie, a miałam cię w ogóle
nigdy, nigdzie nie wyczaić?
– Tak wyszło – wzruszył
ramionami.
– Tak wyszło? Człowieku, ty mnie
miałeś chronić z ukrycia, a ja cię nie dość, że zauważyłam,
to jeszcze ci wtłukłam torebką?! Czy to jakaś ukryta kamera? – zadrwiłam. Moje wkurzenie sięgało granic możliwości.
– To ty się lepiej zastanów, czy
to zgodne z prawem, kiedy laska napada na przypadkowego i nic
niepodejrzewającego chłopaka! – on chyba też się wkurzył, gdyż
podniósł ton głosu.
– Słucham? Gdybyś się umiał
bronić, to nie byłoby sprawy! – odkrzyknęłam.
– O, wybacz, że nie wpadło mi do
głowy, że moje zlecenie to małolata z napadami szału!
– Ja przynajmniej umiem się bronić – zadrwiłam.
– Gdybyś nie była kobietą, to
zbierałabyś w tym momencie zęby z podłogi – zagroził.
– Ale jestem i co mi niby zrobisz?
Wyjdziesz przed tych bandziorów, co chcą mnie dopaść i zaczniesz
machać im białą flagą przed nosami?!
– Lepiej! Sprzedam cię im! Nie
dość, że będę cię miał z głowy, to jeszcze zarobię więcej
niż tutaj za łażenie za tobą!
– Na jedno wyjedzie! Przy tak
nieudolnym ochroniarzu to i tak prędzej czy później mnie
odstrzelą!
– Oby prędzej! – wykrzyczał.
Trwaliśmy tak dobre kilka minut w tej
bezsensownej wymianie zdań. Nie zauważyliśmy nawet, kiedy cała
agencja się zbiegła by posłuchać nas dwoje. Założę się, że
mieli niezłe widowisko. Nic na to nie poradzę. Ten typek
wyprowadził mnie z równowagi. Za kogo on się ma? Nikt mu nie każe
za mną chodzić. Sam wziął to zlecenie, więc niech się wypcha.
Jest pełno innych ochroniarzy na świecie! Niech się mu nie wydaje,
że jest nie do zastąpienia. Nie wyobrażam sobie, jak ja mam niby
spędzić z nim kolejne dni. To jest niedorzeczne. Ten palant nie ma
za grosz pojęcia o dobrych manierach. Jest rozwrzeszczany, nerwowy,
arogancki, bezczelny, irytujący – mogłabym tak wymieniać w
nieskończoność. Prawdę mówiąc, ta sprzeczka trwałaby wiecznie,
ale jakaś kobieta nas rozdzieliła.
– Malik! Odpierdala ci już do
końca?! – wydarła się po nim – Nie życzę sobie tutaj takiego
zachowania! Poza agencją możecie się nawet pozabijać, ale tu ma
być spokój! Jeszcze jedna akcja z tobą w roli głównej w tym
tygodniu, a polecę ci po pensji. A wy wszyscy do roboty! Tutaj nic
ciekawego się nie dzieje – tymi słowami zakończyła swój
monolog. Spojrzałam na Mulata. Był jeszcze bardziej rozgniewany,
niż przed momentem. Czułam, że to jeszcze nie koniec na dzisiaj
mocnej przepychanki na słowa między nami.
– Przepraszam – odezwałam się
rozrywając niezręczną ciszę – to też moja wina. Poniekąd go
sprowokowałam, choć przyznaję, że on też w pewnym stopniu
przyczynił się do tak silnego stanu zdenerwowania z mojej strony –
wyjaśniłam, chcąc – nie wiedzieć czemu – ratować
egocentryczny, nieokrzesany i chamski tyłek Malika.
– Już lubię tę małą –
uśmiechnęła się do mnie – masz ją dobrze pilnować. Jeśli
wytrzyma z tobą w najbliższym czasie, to jest prawdziwym aniołem
– dodała.
– Ta, aniołem śmierci –
skomentował z przekąsem.
– Coś ci nie pasuje? – zapytała go
przełożona – Aż do odwołania masz się nie pojawiać w biurze.
Lepiej, żeby nie przyuważyli, że dziewczyna ma ochronę. To może
spalić plan na panewce.
– Mogę chociaż nocować u siebie? – zapytał zrezygnowany.
– Jasne - przytaknęła – pod
warunkiem, że z nią – dodała i wróciła do swoich obowiązków.
– To jest jakiś obłęd –
skomentował – a ty zbieraj się, zwijamy się stąd – zwrócił
się do mnie i poszedł w swoją stronę.
Szczerze powiedziawszy, wolałam go
jako mojego napastnika niż bodyguarda. Napastnika udało mi się
wczoraj załatwić i zgubić, a na bodyguarda będę skazana przez
długi czas. Po krótkiej chwili Mulat wrócił do mnie. W dłoni
trzymał skórzaną kurtkę.
– Idziemy? – zapytał spokojnym
tonem.
– Dobrze – zgodziłam się i
podążyłam za nim na parking w kierunku jego samochodu.
Dzień był dość chłodny, ale jemu
to chyba nie przeszkadzało, gdyż miał na sobie top bez rękawów,
a kurtkę nadal trzymał w dłoni. Ja z kolei zwijałam się z zimna.
Będąc już przy aucie, wygrzebał z tylnej kieszeni dżinsów
kluczyki i otworzył nimi drzwi. Pierwszym co zrobił, było rzucenie
skórzanego odzienia na tylne siedzenie Audi. Następnie rozkazał mi
zająć miejsce obok kierowcy, a on usiadł za kierownicą. Bez
dłuższego zastanowienia odpalił silnik i ruszył z piskiem opon.
– Zawsze tak gwałtownie ruszasz? – zaczęłam.
– Gdzie jedziemy? – zapytał
zmieniając temat.
– Do mnie. Muszę się ogarnąć i
wyspać. Mieszkam na...
– Wiem gdzie – przerwał mi.
– Nie zapytasz, gdzie spałam, kiedy
ci uciekłam? – zagaiłam.
– To twoja sprawa – skomentował
krótko.
– Zawsze jesteś taki oschły i
nieprzyjemny? – nie usłyszałam odpowiedzi. Postanowiłam więc
kontynuować – Bycie odrobinę milszym by cię nie zabiło, czy
może jednak? – uniosłam brew – Jeśli już jesteśmy na siebie
skazani, to spróbujmy się choć trochę dogadać. Wtedy na
pewno... – nie udało mi się dokończyć, gdyż ten pacan włączył
radio na cały regulator, tak, aby mnie zagłuszyć – Jesteś
nieznośny! – wykrzyczałam i wyłączyłam sprzęt.
– To się zamknij w końcu – odparł.
– Ani mi się śni – syknęłam.
Na całe szczęście miasto nie było
bardzo zakorkowane i szybko dotarliśmy pod mój dom. Wkurzona
wysiadłam z auta niczym oparzona i trzasnęłam drzwiami ile sił –
Nie trzaskaj do cholery! – usłyszałam jak krzyczy w moim kierunku.
Miałam go w nosie. To cud, że przez te kilka minut sam na sam w
jego samochodzie nie zabiłam go. On się wręcz prosi o powtórkę z
wczoraj. Nie chcąc marnować czasu, czym
prędzej otworzyłam bramę, by ten gamoń mógł swobodnie wjechać,
a ja sama udałam się już do środka. Marzyłam o kąpieli,
świeżych ciuchach, jedzeniu i śnie.
***Zayn's POV***
Myślałem, że śnię widząc ją u
nas. W pierwszym momencie miałem ochotę ją rozszarpać na kawałki.
Przez nią dostałem ochrzan od starej i w dodatku pół nocy nie
spałem, tylko włóczyłem się po mieście. Czego ona właściwie
tutaj szukała? Ochrony? No cóż, tej cwaniarze nieźle zrzedła
mina, kiedy dowiedziała się, że to ja jestem jej bodyguardem.
Myślałem, że oczy jej wyskoczą z orbit. W gruncie rzeczy, byłby
to ciekawy widok. Nie zdążyłem jeszcze dobrze ochłonąć po
wczorajszej akcji w klubie, a ona ponownie mnie wyprowadziła z
równowagi. Nawet Brooke mnie tak nie irytuje. Ta cała Delilah jest
niezłym ziółkiem. Widziałem jak się bawiła wczoraj w klubie i
nawet udało mi się namiastkę tego doświadczyć na własnej
skórze, kiedy się na mnie rzuciła. To będą ciężkie dni. Każde
jej słowo wywołuje u mnie furię. Nigdy się do niej nie przekonam.
Rozpieszczona gówniara i tyle. Pewnie w dzieciństwie jadała
złotymi sztućcami z porcelanowej zastawy. Ona niczego nie wie o
prawdziwym życiu. Faktem jest, że jeśli ci mafiozi mnie nie
ubiegną, to sam jej rozwalę ten tleniony łeb. Ona jest wyszczekana
i uparta jak osioł. Z resztą mogłem się domyślić – to wręcz
z niej emanuje. Zbłaźniła mnie przed kolegami z pracy i przed
szefową. Minęła raptem godzina, a ja już mam jej po dziurki w
nosie. Kiedy jechaliśmy wspólnie autem, miałem wrażenie, że
nigdy się nie zamknie. Już dźwięk pierwszego lepszego radiowego
wycia był znośniejszy od niej. Cały czas muszę sobie powtarzać w
myślach – Spokojnie Zayn, tylko spokojnie – ale to nic nie daje.
Będąc już na podjeździe jej domu,
postanowiłem zgarnąć z auta teczkę z informacjami o niej, które
zgromadził Chandler. Nie wiem, czy na coś mi się to przyda, ale
poczytać zawsze warto.
– Chcesz coś do picia, albo do
zjedzenia? – usłyszałem wchodząc za nią w głąb domu.
– Nie, dzięki – odparłem
rozglądając się po wnętrzu posiadłości.
Wewnątrz dom sprawiał wrażenie dużo
większego niż był w rzeczywistości. Wszystko to za sprawą jego
przestronności i dobrego układu mebli. Był czysty, schludny i
jasny. Kompletnie pozbawiony wszelkiego zbędnego przepychu. W
powietrzu unosił się zapach świeżych kwiatów wymieszany z wonią
perfum – z pewnością należących do niej. Dziewczyna zniknęła
gdzieś w pomieszczeniu bez drzwi na końcu korytarza. Ruszyłem za
nią – jak się okazało do kuchni, gdzie przygotowywała kanapki i
gotowała wodę w czajniku.
– Wiesz, jednak ci zrobię herbatę.
Jest dzisiaj dość chłodno, więc się trochę rozgrzejesz – posłała mi promienny uśmiech.
– Nie musisz – rzuciłem opierając
się plecami o zimną ścianę.
– Ale chcę – na jej twarzy
ponownie zagościł uśmiech.
– Czemu? – zapytałem podejrzliwie.
Nie rozumiałem, dlaczego nagle próbuje być miła.
– Bo jesteś moim gościem i tak
wypada. A poza tym, nie warto się kłócić. Teraz musimy
współpracować.
– Tak myślisz? – zapytałem
przechodząc do jadalni, która była oddzielona od kuchni wielkimi,
sięgającymi po sam sufit, białymi, drewnianymi drzwiami z szybą
w stylu vintage, które chyba nigdy nie były zamykane. Rozejrzałem
się po wnętrzu, po czym usiadłem przy stole, rzucając dokumenty na krzesło po mojej lewej.
– Jestem o tym przekonana. Jeżeli
oboje postaramy się być mili dla siebie nawzajem, to jakoś to
zleci – usłyszałem.
Po chwili dziewczyna weszła ku mnie z
tacką, na której znajdował się talerz przekąsek wraz z dwiema
herbatami.
– Częstuj się, sama tego nie zjem – powiedziała kładąc tacę na środku stołu. W zasadzie, to nie
wiedziałem, czemu miałbym się nie skusić.
– Smacznego – rzuciłem sięgając
po kanapkę.
– Tobie również – odparła robiąc
pierwszego kęsa.
Siedzieliśmy tak dobre kilka minut
praktycznie się do siebie nie odzywając, po czym dziewczyna
oznajmiła, że idzie wziąć prysznic, a ja mam się rozgościć.
Odpowiadało mi to. Potrzebowałem chwili spokoju. Cały ten czas
czułem się niezręcznie, bo nie wiedziałem o czym mam z nią niby
rozmawiać. Nagle przypomniałem sobie o teczce, którą miałem
przecież non stop przy sobie. Postanowiłem do niej zajrzeć
dopijając herbatę. Na pierwszy rzut oka, nie było tam nic
ciekawego. Kila fotek, miejsca w których była i z kim. Postanowiłem
grzebać głębiej. Natrafiłem na artykuł z gazety, który miał
już blisko 20 lat. Nie rozumiałem z niego zbyt wiele, bo był zaledwie skrawkiem całości historii, ale ogółem chodziło o to, że w którymś szpitalu
przyszło na świat martwe dziecko, którego ciała do dziś nie
znaleziono. Zarówno ciało, jak i ojciec dziecka przepadli bez
śladu. Spekulowano, że dziecko żyje, a personel lekarski został
przekupiony, jednak uznawano to tylko za pomówienia, bo nigdy nie
znaleziono żadnych dowodów obciążających szpital. Nie było
nawet zapisów z kamer, gdyż placówka w tamtych czasach nie była
wyposażona w monitoring. Jak udało mi się wyczytać, dzieckiem tym
była dziewczynka – a konkretnie Delilah Loren. Ta informacja
sprawiła, że miałem mętlik w głowie. Przecież moje zlecenie
nazywało się Herrington. Nie wiedziałem, co o tym myśleć.
Uznałem, że Chandler obrał błędny trop. Może te sprawy wydały
się mu w jakiś sposób powiązane, ale w gruncie rzeczy nie są.
Postanowiłem sam ją o to zapytać. – O wilku mowa – pomyślałem,
kiedy Blondynka zeszła na dół po schodach. Była otulona w
pastelowo różowy, puszysty ręcznik.
– Muszę cię o coś zapytać –
zacząłem na wstępie.
– Pytaj śmiało – usłyszałem w
ramach odpowiedzi. Dziewczyna zajęła miejsce obok mnie.
– Słyszałaś kiedyś coś na temat
Delilah'y Loren? – zapytałem prosto z mostu. Dziewczyna
wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta na znak zdziwienia.
Mamy już drugi rozdział :) mam nadzieję, że jest całkiem okay Ξ nie za długi, nie za krótki, lecz w sam raz ♥ Jeśli choć trochę się Wam podoba i Was zaciekawił, to jest mi bardzo miło x Proszę, zostawcie w komentarzu user z tt, jeśli chcecie być informowani o dalszej części :) ~ All the love as always, Hipsta x

