czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział II


     Zerwałem się szybko z zimnego chodnika i ile sił w nogach zacząłem za nią biec krzycząc raz po raz – Zatrzymaj się! Stój! To nie tak! – ale na próżno, gdyż dziewczyna ani śniła się zatrzymać, czy choćby obejrzeć do tyłu na mnie. Z reguły szybko biegam i schwytanie tak wątłej dziewczyny, w dodatku na szpilach i pod wpływem, nie powinno stanowić dla mnie problemu. Myślałem, że dorwę ją w trymiga, jednak przeliczyłem się, gdyż zgubiłem ją na tłocznej Shaftesbury Avenue, gdzie zwinnie przemykała między rozpędzonymi autami. Na mój widok nie wiedzieć czemu, nie chciały one nawet zwolnić, a o przepuszczeniu mnie mogłem pomarzyć. Byłem wkurzony na samego siebie. Jak mogłem dać się jej tak podejść? Mój instynkt powinien był wyczuć co się święci. Zaskoczyła mnie pierwszym ciosem – który był dość mocy jak na kobietę – nie dając mi szans na pozbieranie się po nim. Chciałem zablokować jej rękę i na spokojnie wyjaśnić, że to nie ja jestem ten zły, który chce ją skrzywdzić, ale zanim zdołałem wykonać jakikolwiek ruch, ponownie oberwałem – tym razem w żebra. Ta mała ma krzepę. Nigdy nie powiem tego na głos, ale zyskała w moich oczach. Myślę, że gdyby nie była kobietą, to potraktowałbym ją inaczej. Normalnie podciąłbym nogi napastnikowi, a kiedy on by się przewrócił, wskoczył bym na niego szczelnie przytwierdzając go do ziemi, obezwładniając tym samym całkowicie jego ciało. Zabrałbym też jego przedmiot ataku – tylko co ja bym w tym przypadku miał niby zrobić z torebką? Nie mogłem darować sobie tego, że już na wstępie schrzaniłem to zlecenie. Już widziałem minę mojej przełożonej, jak się dowie, że Herrington uciekła i w dodatku jeszcze mnie pobiła. Cholera jasna – dałem się pobić lasce – moja duma tego nigdy nie zapomni. Nie wiedząc co mam z sobą począć, zacząłem krążyć między londyńskimi blokowiskami. Miałem nadzieję, że gdzieś tu się schowała, bo przecież nie mogła uciec zbyt daleko w takich butach. Minęła godzina moich poszukiwać, potem dwie, trzy, cztery. Wybiła trzecia w nocy, a Delilahi Herrington jak nie było, tak nie ma. Wpadło mi jeszcze do głowy, że może być już u siebie w domu. Nie czekając ani chwili dłużej wsiadłem w auto i ponownie udałem się na Chelsea'e. Zaparkowałem wóz w bezpiecznej odległości od jej willi – a właściwie willi jej ojca – i ruszyłem rozeznać się w terenie. Nie zdążyłem nawet dobrze wysiąść z auta, kiedy zauważyłem w oddali czarną limuzynę, której kierowca obserwował dom przez lornetkę, a jeden z trzech pasażerów, który zajmował miejsce obok niego, bawił się magazynkiem pistoletu, który trzymał od niechcenia w dłoni. Pozostali dwaj pogrążeni byli w dyskusji. Nie chcąc się rzucać w oczy, wróciłem grzecznie do mojego Audi i odjechałem w przeciwnym kierunku jak gdyby nigdy nic. Postanowiłem jechać do siebie. Mieszkałem na obrzeżu miasta, a dokładniej w starej kamienicy przy Vaughan Road. Budynek był po remoncie, więc jego wizualny stan był względnie w porządku. Znajdowało się w nim sześć mieszkań, w tym moje własne, które przepisał mi na własność mój dziadek zanim zmarł. Sąsiadów znałem praktycznie tylko z widzenia. W większości byli to starsi ludzie, którzy nie mieli w zwyczaju wyścibiać nosa poza obszar swoich mieszkań. Woleli wszystko bacznie obserwować przez okna wybiegające na ruchliwą drogę lub przez judasza, aby wiedzieć kto przemierza klatkę schodową. Może nie było to moje wymarzone lokum, ale grunt, że własne. Z biegiem czasu i w zakresie swoich możliwości przerobiłem jego wnętrze, aby było nowocześniejsze i bardziej męskie. Dominowały w nim ciemne kolory. Ściany pokryte były różnorakimi posterami kapel których słucham, lub moimi własnymi mazidłami. Niegdyś sporo szkicowałem i malowałem. Sporą część swoich starych rysunków trzymam pod łóżkiem, z nadzieją, że kiedyś znajdę odrobinę czasu i chęci na udekorowanie nimi mojej sypialni. Swoją drogą, nawet nie wiem czemu to rzuciłem – mam na myśli sztukę. Przecież zawsze lubiłem bazgrać po wszystkim, co mi się nawinęło pod długopis czy ołówek. Wydaje mi się, że moja przygoda z malowaniem dobiegła końca, kiedy przejąłem obowiązki ojca w agencji. Wtedy byłem dumny, że chcą mnie na agenta – teraz przeklinam ten dzień. Myślałem, że będę przydzielany do prawdziwych akcji jak zdejmowanie przestępców, rozbrajanie bomb, czy do ochrony Królowej Anglii. Nic z tego. Na mnie zawsze czekała masa papierkowej roboty, czyszczenie i nastrajanie broni dla tajniaków. Nie tak to sobie wyobrażałem. 
     Będąc już pod drzwiami mieszkania, siłowałem się chwilę z kluczem, który zawsze miał problem z przekręceniem się w zamku. Już do tego przywykłem. Po kilku mocniejszych szarpnięciach, udało mi się dostać do środka. Wewnątrz panował mrok.
     –   Myślałam że już nie przyjdziesz – usłyszałem znajomy głos, a wewnątrz rozbłysnęło światło lampki nocnej.
     –   Kurwa – zakląłem pod nosem.
     –  Gdzie byłeś? – zaczął się wywiad.
     –   W pracy. Co ty tu robisz? – zapytałem prosto z mostu.
     –   Dorobiłam sobie klucze do twojego mieszkania i oto jestem – dziewczyna zaśmiała się wesoło.
     –   Oszalałaś? Jakim prawem dorobiłaś sobie klucze? Cholera, gdybym chciał, żebyś tu przychodziła, kiedy ci się zachce, to sam bym ci dał zapasowe – wściekłem się nie bez powodu.
     –   Ale misiu, to nie powód do złości. Jestem twoją narzeczoną i to nic złego, że mam klucze –  tłumaczyła się na marne.
     –   Narzeczoną? Nie przypominam sobie, żebyśmy się zaręczyli – skrzyżowałem ręce na klatce piersiowej i czekałem na wyjaśnienia.
     –   Wyrwało mi się, a ty już się wściekasz. Swoją drogą, to jesteśmy razem już dość długo i chyba czas na jakiś odważny krok naprzód ku naszemu wspólnemu szczęściu.
     –   Mówisz o zerwaniu? – zaśmiałem się.
     –   Bałwan z ciebie – przekręciła oczami – Zayn nie rozumiem, co ci przeszkadza to, że mam klucze, że się o ciebie martwię, że jako twoja druga połówka chcę spędzać z tobą tyle czasu, ile tylko jestem w stanie. Nie musisz być taki oschły – podeszła do mnie i chwyciła mnie za dłoń – Wiem, że przechodzimy przez trudny okres i niekiedy ciężko się nam dogadać, ale jesteśmy silni i przez to przebrniemy. Kocham cię i uwierz, że nie ma rzeczy, do której nie jestem zdolna, żeby uratować naszą relację. Przysięgam – wyznała, po czym wspięła się na palcach aby mnie pocałować. Nie mogłem jej odtrącić.
     Szybko zwykły buziak przerodził się w coś więcej i nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się razem na podłodze. Brooke doskonale wiedziała co ma robić, żeby przyśpieszyć moje bicie serca. Gdyby nie była taka dobra w te klocki, to już dawno bym ją zostawił. Swoją drogą, jej słowa – o tym, że nie ma rzeczy, której nie zrobi dla naszego związku – zabrzmiały nieco jak groźba. Potraktowałem je na równi z przestrogą typu „Nigdy się ode mnie nie uwolnisz, nawet gdybym miała wytruć wszystkie dziewczyny na świecie.” Obym się mylił. Nie wyobrażam sobie jej u mojego boku za dwadzieścia lat – choć taka wizja usatysfakcjonowałaby moją matkę i Brooke. Mama zwariowała na jej punkcie. Mam do siebie żal, że w ogóle pozwoliłem się im poznać. Było około za kwadrans czwarta, kiedy skończyliśmy robić swoje. Zmęczenie zaczęło brać nade mną górę. Poprosiłem więc dziewczynę, by ta wróciła do siebie na noc. Nie chciałem jej u swego boku, kiedy będę zasypiał. McAdams wkurzyła się na mnie nie na żarty.
     –   Ty poważnie mówisz? – na jej twarzy zagościło zdziwienie.
     –   Brooke, jestem padnięty. Za trzy godziny muszę być w biurze. Miałem trudny dzień i chcę się spokojnie zdrzemnąć – odparłem z grymasem.
     –   Dobrze. Kocham Cię mocno. W sumie gdybym cię nie kochała, to nie wytrzymałabym tego, co ty wyprawiasz - uśmiechnęła się szeroko i pocałowała mnie na pożegnanie. Zaczęła podążać w stronę wyjścia.
     –   Klucze! – rzuciłem za nią.
     –   Słucham? – udała zaskoczoną.
     –   Daj mi klucze – rzekłem stanowczo.
     –   Ale... – zaczęła.
     –   Daj. Mi. Klucze. – przecedziłem każde słowo przez zęby.
     –   Jak sobie chcesz – wzruszyła ramionami i położyła je na półce obok drzwi, po czym bez słowa wyszła z mieszkania.
     Cieszyłem się, że już sobie poszła. Jej zachowanie strasznie mnie męczyło. Ja jestem facetem o niebanalnym usposobieniu, więc przewidywalność i stabilizacja mnie nudzą. Potrzebuję laski z charakterem, która wie czego chce, jest dumna, dostojna, uparta i lubi stawiać na swoim. Ustępliwe kobiety – tak jak Brooke – są dobre na jedną noc, bo potem się nudzą. Dziewczyna powinna być nieprzewidywalna i zagadkowa. Musi znać swoją wartość i nie może zadowalać się byle czym. To nie proste spotkać taką osobę w dzisiejszym czasie, a już zwłaszcza taką, która zrozumie mnie bez słów. Oddałbym życie za taką kobietę... Nie tracąc czasu rozebrałem się do bokserek i ległem plackiem na kanapie przed telewizorem. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Wyłączenie umysłu po tak nużącym dniu nie było trudne. Zwykle nie miewam snów, jednak tej nocy było inaczej. Ujrzałem oczyma wyobraźni mroczny, przymglony las, po którym z oddali niosły się dźwięki postrzałów. Biegłem na oślep przed siebie trzymając kogoś kurczowo za dłoń i ciągnąc go za sobą. Nie wiem kto to był, gdyż nie ujrzałem twarzy tej osoby. Czułem chłód zimnego powietrza owiewającego me spocone od wysiłku ciało, oraz żar w głębi serca. Bałem się, że coś złego może się stać – nie mi – ale tej osobie. Z każdym krokiem, byłem coraz słabszy, jednak nie wolno mi było się zatrzymać. Usłyszałem przeraźliwy krzyk i w tym też momencie się przebudziłem, gdyż mój budzik zaalarmował mnie, że wybiła już 6:30. Przetarłem zatem zaspane oczy i niechętnie podniosłem się z łóżka. Podszedłem leniwym krokiem do parapetu, na którym leżał hałasujący przedmiot i go wyłączyłem. Następnie poszedłem do łazienki – załatwić poranną toaletę – oraz do korytarza, w którym znajdowała się szafa z moimi ciuchami. Wygrzebałem z niej pierwsze lepsze, wyprasowane ciuchy, by je na siebie założyć. Padałem z głodu. Nie miałem jednak czasu na robienie smacznego śniadania, więc niczym strzała wpadłem do kuchni i rzuciłem się na lodówkę, w której świeciło pustkami. Udało mi się wygrzebać z niej ostatni kawałek ciasta, który dwa dni temu przywiozła mi mama. Ponieważ trzymałem je w chłodnej temperaturze, nadawało się do zjedzenia. Smakowało całkiem okay. Po porannym posiłku, stanąłem jeszcze przed lustrem, w którym doprowadziłem się do jeszcze lepszego porządku i wyszedłem z domu. Miałem 10 minut, by dostać się do pracy. Wsiadłem więc do mojego auta i ruszyłem z piskiem opon przed siebie. Moje myśli wciąż krążyły wokół tej Blondyny. Czułem w kościach, że przez zgubienie jej poleci mi premia. Kląłem na tą laskę w myślach używając dosadnych wyzwisk. Znajdując się już na miejscu, przekroczyłem próg agencji z duszą na ramieniu. Prosiłem Allaha, by szefowej nie było dzisiaj w robocie. Ledwie zdążyłem się przywitać z kimkolwiek, a już usłyszałem, że stara mnie wzywa do siebie. Na mojej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. Nie mogłem jednak zignorować jej polecenia i wstawiłem się do jej biura w mgnieniu oka.
     –   O której to się przychodzi do pracy? – zapytała, gdy tylko uchyliły się drzwi jej gabinetu – Jak idzie sprawa z Panną Herrington? – dociekała.
     –   Dobrze – skłamałem.
     –   Gdzie teraz jest? – zapytała.
     –   Tak się składa, że... – wziąłem głęboki wdech, a następnie wydech – jakby to powiedzieć... nie mam bladego pojęcia gdzie może być.
     –   Co ty do mnie mówisz? Jak to nie masz pojęcia?! Czy upilnowanie jednej, bezbronnej małolaty jest aż takie trudne?! – zaczęła po mnie jeździć.
     –   Bezbronnej – burknąłem pod nosem i zaśmiałem się mimowolnie do samego siebie.
     –   Gdzie ją zgubiłeś? – padło ponowne pytanie, tym razem wypowiedziane umiarkowanym tonem.
     –   Pod klubem – rzuciłem.
     –   Pod jakim klubem? Malik, konkrety! – uderzyła otwartą dłonią w biurko.
     –   Pod Harms. Było coś koło północy. Zorientowała się, że za nią chodzę. Chyba wzięła mnie za jednego z tych bandziorów i zwiała – wzruszyłem ramionami.
     –   Jak to zwiała? Czy ty słyszysz co ty mówisz? – podniosła się z miejsca – Cholera jasna! Czy tobie się wydaje, że to jakaś zabawa?! Tej dziewczynie grozi niebezpieczeństwo! Jacyś bandyci chcą ją dopaść, a my nie mamy jak ich zdjąć, bo nie mamy na nich jeszcze nic! Twoim zadaniem było chronienie jej dupy, żeby ona doprowadziła nas do nich. Miałeś tylko obserwować ją w bezpiecznej odległości, a ty dałeś się zdemaskować już pierwszego dnia! Jak mogę dać ci poważniejsze zlecenie, skoro nawet z takim sobie nie możesz poradzić?! Zacznij traktować tę pracę poważnie, albo pakuj manatki i wracaj do piaskownicy. – ponownie uderzyła dłonią w biurko – Masz czas do wieczora, żeby ją odnaleźć i lepiej dla ciebie, żeby była jednym kawałku. Od dzisiaj masz z nią chodzić krok w krok. Rozumiesz? Z nią, a nie za nią. Czy wam się to obojgu podoba, czy nie. Teraz wracaj do swojej roboty – rozkazała, a ja potulnie opuściłem jej gabinet zmierzając do swojego biurka.
Usiadłem na obrotowym krześle i kopnąłem kosz pełen starych papierów. Kipiałem ze złości. Wiem, że zawaliłem, ale robiłem co w mojej mocy żeby ją znaleźć. Czy ja jestem jakimś jasnowidzem, żeby wiedzieć, gdzie ona się podziewa? Londyn jest dużym miastem. Miałem właśnie odpalać komputer, żeby wrócić do moich mniej porąbanych obowiązków, kiedy usłyszałem głos Craig'a dobiegający z końca pomieszczenia.
     –   Malik! Chodź prędko! Mam coś dla ciebie! – krzyczał. Niechętnie podniosłem tyłek z krzesła i ruszyłem w jego stronę.


***Delilah's POV***
     Po szamotaninie z tym przestępcom biegłam przed siebie ile sił w nogach. Zatrzymałam się dopiero wtedy, kiedy miałam pewność, że go zgubiłam. Nie wiedziałam, gdzie mogę się udać. Nie mogłam iść przecież do domu, bo to byłoby nierozsądne posunięcie, niczym dobrowolne pakowanie się w szczękę lwa. Roztrzęsiona plątałam się po parku... Byłam zmarznięta, głodna, skonana i pozbawiona wszelkiego planu działania. Osiadłam na drewnianej ławce pod rozłożystym drzewem. Chciało mi się płakać. Modliłam się, by to wszystko okazało się tylko złym snem, o którym po przebudzeniu nie będę pamiętać. – Co za noc. – wyszeptałam ckliwie do samej siebie. Po raz kolejny poczułam się samotna. Tym razem jednak, była to inna samotność – bardziej nostalgiczna. Uświadomiłam sobie, że ja nikogo z wyjątkiem ojca – który aktualnie przebywa w więzieniu – nie mam. Jestem na tym świecie sama jak palec. Nie mam ani jednego adresu, pod który mogłabym się udać, kiedy stanie się coś złego. Jak mam czerpać radość z życia, kiedy nie mam tej radości z kim dzielić? Wszystko zaczyna być pozbawione sensu. Wiem, że Ben jest we mnie zapatrzony, ale on z czasem pójdzie w swoją stronę. Nie umiem go pokochać, ani związać się z nim. Byłabym chyba potworną dziewczyną. Nie należę do osób, z którymi jest łatwo się związać, bo to ja sama niczego nigdy nikomu nie ułatwiam. Bywam trudna i temperamentna. Stanowiłabym wyzwanie dla mężczyzny gotowego mnie pokochać, ponieważ nie należę do osób, za którymi świat zwykł podążać. Nie umiem wciskać sympatycznych komentarzy, gdyż wszystko co mówię, opiera się na szczerości. Jeżeli ktoś jest dupkiem w stosunku do mnie – wyrzucam go ze swojego życia. Jestem denerwująca, wesoła, uparta, delikatna, ale też twarda kiedy trzeba. Doprowadzę chłopaka do wrzasku i sprawię, że z bezradności i złości będzie uderzał pięściami w ściany. Zrujnuję jego każdy dzień i naprawię w ostatniej sekundzie. Doprowadzę go do szaleństwa, a on niekiedy będzie przeklinał moją odwagę i śmiałość. Ale nawet jeśli do tego wszystkiego dojdzie – a przysięgam, że tak – jest też we mnie piękna strona osobowości. Mam ogromne serce. Zawsze będę przy nim, kiedy będzie mnie potrzebował. Nawet jeśli nasze wspólne życie będzie niesamowicie poplątane, postaram się je rozwikłać poprzez miłość. Nie przestanę się o niego troszczyć – nawet jeśli mnie odtrąci. Szkoda tylko, że nie ma na tym świecie faceta, który chciałby mnie dokładnie taką jaka jestem. Swoją drogą, jak ja mogę rozmyślać o miłostkach, kiedy gonią mnie jakieś zbiry. Teraz pluję sobie w twarz, że nie posłuchałam ojca i nie wzięłam ochrony. Muszę coś z tym zrobić.
     Około 7 rano doszłam do wniosku, że mogę się już bezpiecznie zabrać z tego parku. To był cud, że nie napotkałam tutaj ani policji, ani jakiś pijaków. W dalszym ciągu nie wiedziałam, co ze sobą począć. Nie spałam całą noc, więc z pewnością miałam wręcz czarne cienie pod oczami, włosy godne pożałowania i wymiętą od ławki sukienkę, a jakby tego było mało moje usta na bank potrzebowały szczoteczki i pasty do zębów. Zapragnęłam wrócić do domu. Marzyła mi się gorąca kąpiel, syte śniadanie, kakao i długi sen. Nie mogłam jednak iść tam sama. Na szczęście przez noc napłynął mi do głowy nowy pomysł. Podniosłam się zatem z niewygodnej ławki i zaczęłam zmierzać pod jedyny adres, który wydał mi się na obecną chwilę pomocny. W głowie kreśliłam kolejne linie mapki Londynu, która miała mnie dowieść do celu. Rzecz jasna wahałam się po drodze, czy aby na pewno powinnam tam iść, bo nie chciałam robić z siebie większej idiotki. Kiedy będąc już na miejscu, po naciśnięciu klamki przekroczyłam próg wejściowy, nie było już mowy o odwrocie. Wszyscy byli tu bardzo zabiegani. Latali ze stosami papierów wte i wewte. Czułam się jak w jakiejś cholernej dżungli biurokratów. Stanęłam przy drzwiach i nie wiedziałam, co dalej. Usłyszałam, jak ktoś się do mnie zwraca.
     –   Proszę pani, mogę jakoś pomóc? – otrząsnęłam się z chwilowego zamysłu i dostrzegłam średniego wieku mężczyznę siedzącego za biurkiem naprzeciwko mnie. Uśmiechnęłam się mimowolnie i podeszłam do niego.
     –   Właściwie, to sama nie wiem – westchnęłam i usiadłam po drugiej stronie.
     –   Raczej nie przyszłaby tu pani bez wyraźnego powodu – odparł wyraźnie zniesmaczony moim niezdecydowaniem.
     –   Chodzi o to, że od jakiegoś czasu dręczą mnie głuche telefony o każdej porze dnia i nocy. Kiedy podnoszę słuchawkę, słyszę tylko czyjś oddech, ale nikt się nie odzywa. Zaczęłam też dostawać jakieś anonimy z groźbami. Początkowo to ignorowałam, bo mój dom jest świetnie zabezpieczony najnowocześniejszymi systemami alarmowymi i przeciwwłamaniowymi, ale wczoraj przez cały dzień ktoś za mną chodził krok w krok – wyjaśniłam. Czułam się jakbym opowiadała historię do gazety. Mężczyzna słuchał mnie z uwagą.
     –   Czy umie pani opisać tego kogoś? – zapytał.
     –   Tak. Miał ponad 20 lat, ciemną karnację, tatuaże, zarost, skórzaną kurtkę i nie odrywał ode mnie wzroku – opisałam tamtego dupka.
     –   Jakiej był ten ktoś płci? – usłyszałam.
     –   Słucham? A jakiej mógł być, jeśli używam rodzajnika męskiego? – syknęłam.
     –   Proszę grzeczniej – upomniał mnie.
     –   Widziałam go wczoraj jakieś trzy razy. Był w tych samych miejscach co ja.
     –   A jest pani pewna, że nie pomyliła go pani z kimś innym. W Londynie jest wiele tak wyglądających mężczyzn. Może macie tych samych znajomych, lub uczęszczacie przypadkowo do tych samych miejsc.
     –   Odnoszę wrażenie, że mnie pan zbywa – wkurzyłam się.
     –   Ponieważ nie jest pani dość wiarygodna – odparł ze złośliwym uśmiechem.
     –   Właśnie opowiadam panu o tym, jak ktoś mnie prześladuje, a pan twierdzi, że nie jestem wiarygodna? – zapytałam z wyrzutem.
     –   Kolejny raz przywołuję panią do porządku! – wkurzył się.
     –   To pana powinno się przywołać do porządku! Nabył pan uprawnienia do munduru na aukcji internetowej?
     –   Proszę się uspokoić, inaczej zostanie pani stąd wyprowadzona.
     –   Proszę mi tylko powiedzieć, kiedy zacznę być tutaj traktowana poważnie? Jak pojawi się w prasie artykuł o tym, jak Delilah Herrington została brutalnie zamordowana, a jej ciało znalazł przypadkowy przechodzień w pobliżu Tamizy całe poćwiartowane i w stanie rozkładu?! –  wykrzyczałam.
     –   Proszę powtórzyć nazwisko – poprosił.
     –   Delilah Herrington.
     –   Lewis, powiedz mi, kto zajmuje się sprawą 165616? – zwrócił się do kolegi z biurka obok.
     –   Malik – usłyszał w odpowiedzi.
     Nie rozumiałam o co chodzi i o jakiej sprawie mówią między sobą. Czułam się ośmieszona. Ten oficer potraktował mnie jak tępą blondynę z urojeniami. Miałam ochotę go zaskarżyć o zniewagę, ale i tak nie miałabym szans w żadnej rozprawie z organem prawa.
     –   Malik! Chodź prędko! Mam coś dla ciebie! – krzyknął nagle gdzieś w głąb sali. W głębi ducha się ucieszyłam, bo miałam nadzieję, że przydzieli mi jakiegoś ochroniarza czy czym to oni się zajmują. Nie minęła minuta, kiedy ów Malik do nas podszedł. Nie wierzyłam własnym oczom.
     –   Twoja zguba. Tym razem jej nie spuszczaj z oka – zwrócił się do niego oficer. Tamten nic się nie odezwał, tylko stał za mną. 
     Czułam jak jego wzrok wierci mi dziurę w plecach. Nie wytrzymałam i odezwałam się:
     –   Co on tu robi? – domagałam się wszelkich wyjaśnień.
     –   To twój ochroniarz – usłyszałam.
     –   Jak to ochroniarz? Przecież to on mnie wczoraj... a teraz jest tu... a ja... przecież... – załamałam się.
     –   Na słuch ci się rzuciło? – zapytał rozgniewany ten cały Malik, czy jak mu tam.
     –   Malik, hamuj – upomniał go kolega.
     –   Żądam kogoś innego! – oświadczyłam głosem niecierpiącym sprzeciwu.
     –   Skarbie, to nie jest koncert życzeń. – powiedział ten, który mnie przesłuchiwał.
     –   Ale on nie może... – zaczęłam.
     –   Załatwcie to między sobą. – przerwał mi oficer i poszedł w swoją stronę.
     Mulat zbliżył się do mnie. Usiadł na biurku przy mnie i zaczął się we mnie wpatrywać. Unikałam jego wzroku. Chciałam zapaść się pod ziemię. Nie rozumiałam, co jest tutaj grane. Ponownie postanowiłam się odezwać jako pierwsza.
     –   Więc, jesteś moim ochroniarzem? – facet kiwnął twierdząco głową – ale jak to możliwe?
     –   Twój ojciec zadbał o to, by nie spadł ci włos z głowy – powiedział już dość spokojnym tonem.
     –   Ojciec jest przecież...
     –   W kiciu – dokończył za mnie – Chciał cię chronić i wynajął nas do tego.
     –   Nas? – dociekałam.
     –   Tak. Przede mną chodziło za tobą czterech innych agentów, ale oni zostali przydzieleni do innej roboty – wyjaśnił.
     –   Wszyscy?
     –   Prawie – rzucił.
     –   Jak to prawie?
     –   Nie istotne – usłyszałam w ramach odpowiedzi.
     –   Dla mnie tak! – wkurzyłam się.
     –   A to akurat mnie najmniej obchodzi – założył rękę za rękę.
     –   Jak masz mnie niby teraz chronić, kiedy ja już wiem, że jesteś moim bodyguardem? – zapytałam przenikliwie.
     –   Nie wolno mi cię odstępować na krok – przesłał mi wymuszony uśmiech.
     –   Żartujesz? – osłupiałam.
     –   Chciałbym – syknął.
     –   Świetnie. Czyli jesteśmy na siebie skazani – przewróciłam oczami.
     –   Ja też skaczę ze szczęścia – wyczułam ironię w jego odpowiedzi.
     –   Ile już za mną chodzisz? – zapytałam bez ogródek.
     –   Czy to ważne?
     –   Ile? – zaakcentowałam pytanie.
     –   Od wczoraj rana – rzucił drapiąc się po głowie.
     –   I ja od wczoraj rana widziałam cię aż trzy razy gapiącego się na mnie, a miałam cię w ogóle nigdy, nigdzie nie wyczaić?
     –   Tak wyszło – wzruszył ramionami.
     –   Tak wyszło? Człowieku, ty mnie miałeś chronić z ukrycia, a ja cię nie dość, że zauważyłam, to jeszcze ci wtłukłam torebką?! Czy to jakaś ukryta kamera? – zadrwiłam. Moje wkurzenie sięgało granic możliwości.
     –   To ty się lepiej zastanów, czy to zgodne z prawem, kiedy laska napada na przypadkowego i nic niepodejrzewającego chłopaka! – on chyba też się wkurzył, gdyż podniósł ton głosu.
     –   Słucham? Gdybyś się umiał bronić, to nie byłoby sprawy! – odkrzyknęłam.
     –   O, wybacz, że nie wpadło mi do głowy, że moje zlecenie to małolata z napadami szału!
     –   Ja przynajmniej umiem się bronić – zadrwiłam.
     –   Gdybyś nie była kobietą, to zbierałabyś w tym momencie zęby z podłogi – zagroził.
     –   Ale jestem i co mi niby zrobisz? Wyjdziesz przed tych bandziorów, co chcą mnie dopaść i zaczniesz machać im białą flagą przed nosami?!
     –   Lepiej! Sprzedam cię im! Nie dość, że będę cię miał z głowy, to jeszcze zarobię więcej niż tutaj za łażenie za tobą!
     –   Na jedno wyjedzie! Przy tak nieudolnym ochroniarzu to i tak prędzej czy później mnie odstrzelą!
     –   Oby prędzej! – wykrzyczał.
     Trwaliśmy tak dobre kilka minut w tej bezsensownej wymianie zdań. Nie zauważyliśmy nawet, kiedy cała agencja się zbiegła by posłuchać nas dwoje. Założę się, że mieli niezłe widowisko. Nic na to nie poradzę. Ten typek wyprowadził mnie z równowagi. Za kogo on się ma? Nikt mu nie każe za mną chodzić. Sam wziął to zlecenie, więc niech się wypcha. Jest pełno innych ochroniarzy na świecie! Niech się mu nie wydaje, że jest nie do zastąpienia. Nie wyobrażam sobie, jak ja mam niby spędzić z nim kolejne dni. To jest niedorzeczne. Ten palant nie ma za grosz pojęcia o dobrych manierach. Jest rozwrzeszczany, nerwowy, arogancki, bezczelny, irytujący – mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Prawdę mówiąc, ta sprzeczka trwałaby wiecznie, ale jakaś kobieta nas rozdzieliła.
     –   Malik! Odpierdala ci już do końca?! – wydarła się po nim – Nie życzę sobie tutaj takiego zachowania! Poza agencją możecie się nawet pozabijać, ale tu ma być spokój! Jeszcze jedna akcja z tobą w roli głównej w tym tygodniu, a polecę ci po pensji. A wy wszyscy do roboty! Tutaj nic ciekawego się nie dzieje – tymi słowami zakończyła swój monolog. Spojrzałam na Mulata. Był jeszcze bardziej rozgniewany, niż przed momentem. Czułam, że to jeszcze nie koniec na dzisiaj mocnej przepychanki na słowa między nami.
     –   Przepraszam – odezwałam się rozrywając niezręczną ciszę – to też moja wina. Poniekąd go sprowokowałam, choć przyznaję, że on też w pewnym stopniu przyczynił się do tak silnego stanu zdenerwowania z mojej strony – wyjaśniłam, chcąc – nie wiedzieć czemu – ratować egocentryczny, nieokrzesany i chamski tyłek Malika.
     –   Już lubię tę małą – uśmiechnęła się do mnie – masz ją dobrze pilnować. Jeśli wytrzyma z tobą w najbliższym czasie, to jest prawdziwym aniołem – dodała.
     –   Ta, aniołem śmierci – skomentował z przekąsem.
     –   Coś ci nie pasuje? – zapytała go przełożona – Aż do odwołania masz się nie pojawiać w biurze. Lepiej, żeby nie przyuważyli, że dziewczyna ma ochronę. To może spalić plan na panewce.
     –   Mogę chociaż nocować u siebie? – zapytał zrezygnowany.
     –   Jasne - przytaknęła – pod warunkiem, że z nią – dodała i wróciła do swoich obowiązków.
     –   To jest jakiś obłęd – skomentował – a ty zbieraj się, zwijamy się stąd – zwrócił się do mnie i poszedł w swoją stronę.
     Szczerze powiedziawszy, wolałam go jako mojego napastnika niż bodyguarda. Napastnika udało mi się wczoraj załatwić i zgubić, a na bodyguarda będę skazana przez długi czas. Po krótkiej chwili Mulat wrócił do mnie. W dłoni trzymał skórzaną kurtkę.
     –   Idziemy? – zapytał spokojnym tonem.
     –   Dobrze – zgodziłam się i podążyłam za nim na parking w kierunku jego samochodu.
     Dzień był dość chłodny, ale jemu to chyba nie przeszkadzało, gdyż miał na sobie top bez rękawów, a kurtkę nadal trzymał w dłoni. Ja z kolei zwijałam się z zimna. Będąc już przy aucie, wygrzebał z tylnej kieszeni dżinsów kluczyki i otworzył nimi drzwi. Pierwszym co zrobił, było rzucenie skórzanego odzienia na tylne siedzenie Audi. Następnie rozkazał mi zająć miejsce obok kierowcy, a on usiadł za kierownicą. Bez dłuższego zastanowienia odpalił silnik i ruszył z piskiem opon.
     –   Zawsze tak gwałtownie ruszasz? – zaczęłam.
     –   Gdzie jedziemy? – zapytał zmieniając temat.
     –   Do mnie. Muszę się ogarnąć i wyspać. Mieszkam na...
     –   Wiem gdzie – przerwał mi.
     –   Nie zapytasz, gdzie spałam, kiedy ci uciekłam? – zagaiłam.
     –   To twoja sprawa – skomentował krótko.
     –   Zawsze jesteś taki oschły i nieprzyjemny? – nie usłyszałam odpowiedzi. Postanowiłam więc kontynuować – Bycie odrobinę milszym by cię nie zabiło, czy może jednak? – uniosłam brew – Jeśli już jesteśmy na siebie skazani, to spróbujmy się choć trochę dogadać. Wtedy na pewno... – nie udało mi się dokończyć, gdyż ten pacan włączył radio na cały regulator, tak, aby mnie zagłuszyć – Jesteś nieznośny! – wykrzyczałam i wyłączyłam sprzęt.
     –   To się zamknij w końcu – odparł.
     –   Ani mi się śni – syknęłam.
     Na całe szczęście miasto nie było bardzo zakorkowane i szybko dotarliśmy pod mój dom. Wkurzona wysiadłam z auta niczym oparzona i trzasnęłam drzwiami ile sił – Nie trzaskaj do cholery! – usłyszałam jak krzyczy w moim kierunku. Miałam go w nosie. To cud, że przez te kilka minut sam na sam w jego samochodzie nie zabiłam go. On się wręcz prosi o powtórkę z wczoraj. Nie chcąc marnować czasu, czym prędzej otworzyłam bramę, by ten gamoń mógł swobodnie wjechać, a ja sama udałam się już do środka. Marzyłam o kąpieli, świeżych ciuchach, jedzeniu i śnie.  


***Zayn's POV***
     Myślałem, że śnię widząc ją u nas. W pierwszym momencie miałem ochotę ją rozszarpać na kawałki. Przez nią dostałem ochrzan od starej i w dodatku pół nocy nie spałem, tylko włóczyłem się po mieście. Czego ona właściwie tutaj szukała? Ochrony? No cóż, tej cwaniarze nieźle zrzedła mina, kiedy dowiedziała się, że to ja jestem jej bodyguardem. Myślałem, że oczy jej wyskoczą z orbit. W gruncie rzeczy, byłby to ciekawy widok. Nie zdążyłem jeszcze dobrze ochłonąć po wczorajszej akcji w klubie, a ona ponownie mnie wyprowadziła z równowagi. Nawet Brooke mnie tak nie irytuje. Ta cała Delilah jest niezłym ziółkiem. Widziałem jak się bawiła wczoraj w klubie i nawet udało mi się namiastkę tego doświadczyć na własnej skórze, kiedy się na mnie rzuciła. To będą ciężkie dni. Każde jej słowo wywołuje u mnie furię. Nigdy się do niej nie przekonam. Rozpieszczona gówniara i tyle. Pewnie w dzieciństwie jadała złotymi sztućcami z porcelanowej zastawy. Ona niczego nie wie o prawdziwym życiu. Faktem jest, że jeśli ci mafiozi mnie nie ubiegną, to sam jej rozwalę ten tleniony łeb. Ona jest wyszczekana i uparta jak osioł. Z resztą mogłem się domyślić – to wręcz z niej emanuje. Zbłaźniła mnie przed kolegami z pracy i przed szefową. Minęła raptem godzina, a ja już mam jej po dziurki w nosie. Kiedy jechaliśmy wspólnie autem, miałem wrażenie, że nigdy się nie zamknie. Już dźwięk pierwszego lepszego radiowego wycia był znośniejszy od niej. Cały czas muszę sobie powtarzać w myślach – Spokojnie Zayn, tylko spokojnie – ale to nic nie daje.
Będąc już na podjeździe jej domu, postanowiłem zgarnąć z auta teczkę z informacjami o niej, które zgromadził Chandler. Nie wiem, czy na coś mi się to przyda, ale poczytać zawsze warto.
     –   Chcesz coś do picia, albo do zjedzenia? – usłyszałem wchodząc za nią w głąb domu.
     –   Nie, dzięki – odparłem rozglądając się po wnętrzu posiadłości.
     Wewnątrz dom sprawiał wrażenie dużo większego niż był w rzeczywistości. Wszystko to za sprawą jego przestronności i dobrego układu mebli. Był czysty, schludny i jasny. Kompletnie pozbawiony wszelkiego zbędnego przepychu. W powietrzu unosił się zapach świeżych kwiatów wymieszany z wonią perfum – z pewnością należących do niej. Dziewczyna zniknęła gdzieś w pomieszczeniu bez drzwi na końcu korytarza. Ruszyłem za nią – jak się okazało do kuchni, gdzie przygotowywała kanapki i gotowała wodę w czajniku.
     –   Wiesz, jednak ci zrobię herbatę. Jest dzisiaj dość chłodno, więc się trochę rozgrzejesz – posłała mi promienny uśmiech.
     –   Nie musisz – rzuciłem opierając się plecami o zimną ścianę.
     –   Ale chcę – na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech.
     –   Czemu? – zapytałem podejrzliwie. Nie rozumiałem, dlaczego nagle próbuje być miła.
     –   Bo jesteś moim gościem i tak wypada. A poza tym, nie warto się kłócić. Teraz musimy współpracować.
     –   Tak myślisz? – zapytałem przechodząc do jadalni, która była oddzielona od kuchni wielkimi, sięgającymi po sam sufit, białymi, drewnianymi drzwiami z szybą w stylu vintage, które chyba nigdy nie były zamykane. Rozejrzałem się po wnętrzu, po czym usiadłem przy stole, rzucając dokumenty na krzesło po mojej lewej.
     –   Jestem o tym przekonana. Jeżeli oboje postaramy się być mili dla siebie nawzajem, to jakoś to zleci – usłyszałem.
     Po chwili dziewczyna weszła ku mnie z tacką, na której znajdował się talerz przekąsek wraz z dwiema herbatami.
     –   Częstuj się, sama tego nie zjem – powiedziała kładąc tacę na środku stołu. W zasadzie, to nie wiedziałem, czemu miałbym się nie skusić.
     –   Smacznego – rzuciłem sięgając po kanapkę.
     –   Tobie również – odparła robiąc pierwszego kęsa.
     Siedzieliśmy tak dobre kilka minut praktycznie się do siebie nie odzywając, po czym dziewczyna oznajmiła, że idzie wziąć prysznic, a ja mam się rozgościć. Odpowiadało mi to. Potrzebowałem chwili spokoju. Cały ten czas czułem się niezręcznie, bo nie wiedziałem o czym mam z nią niby rozmawiać. Nagle przypomniałem sobie o teczce, którą miałem przecież non stop przy sobie. Postanowiłem do niej zajrzeć dopijając herbatę. Na pierwszy rzut oka, nie było tam nic ciekawego. Kila fotek, miejsca w których była i z kim. Postanowiłem grzebać głębiej. Natrafiłem na artykuł z gazety, który miał już blisko 20 lat. Nie rozumiałem z niego zbyt wiele, bo był zaledwie skrawkiem całości historii, ale ogółem chodziło o to, że w którymś szpitalu przyszło na świat martwe dziecko, którego ciała do dziś nie znaleziono. Zarówno ciało, jak i ojciec dziecka przepadli bez śladu. Spekulowano, że dziecko żyje, a personel lekarski został przekupiony, jednak uznawano to tylko za pomówienia, bo nigdy nie znaleziono żadnych dowodów obciążających szpital. Nie było nawet zapisów z kamer, gdyż placówka w tamtych czasach nie była wyposażona w monitoring. Jak udało mi się wyczytać, dzieckiem tym była dziewczynka – a konkretnie Delilah Loren. Ta informacja sprawiła, że miałem mętlik w głowie. Przecież moje zlecenie nazywało się Herrington. Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Uznałem, że Chandler obrał błędny trop. Może te sprawy wydały się mu w jakiś sposób powiązane, ale w gruncie rzeczy nie są. Postanowiłem sam ją o to zapytać. – O wilku mowa – pomyślałem, kiedy Blondynka zeszła na dół po schodach. Była otulona w pastelowo różowy, puszysty ręcznik.
    –   Muszę cię o coś zapytać – zacząłem na wstępie.
    –   Pytaj śmiało – usłyszałem w ramach odpowiedzi. Dziewczyna zajęła miejsce obok mnie.
  – Słyszałaś kiedyś coś na temat Delilah'y Loren? – zapytałem prosto z mostu. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy i otworzyła usta na znak zdziwienia. 



Mamy już drugi rozdział :) mam nadzieję, że jest całkiem okay Ξ nie za długi, nie za krótki, lecz w sam raz ♥ Jeśli choć trochę się Wam podoba i Was zaciekawił, to jest mi bardzo miło x Proszę, zostawcie w komentarzu user z tt, jeśli chcecie być informowani o dalszej części :)  ~ All the love as always, Hipsta x



poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Rozdział I




„Człowiek broni się przed strachem za pomocą lęku” - Zygmunt Freud
    A czym jest strach? Swoistą obawą przed wszystkim, co nieznane? Przestrachem przed rzeczami, którym boimy się nadać jakiekolwiek imię? Czy może hamulcem, który powstrzymuje nas przed dokonywaniem właściwych wyborów? Do prawdy, nie mam pojęcia. Od blisko trzech miesięcy lęk to jedyne uczucie towarzyszące mi poza bezradnością. Jestem bezsilna względem wszystkiego co mnie otacza, więc dlatego tak ciężko jest mi się odnaleźć we własnym życiu. Zawsze byłam indywidualistką, która śmiało i odważnie maszerowała przez świat, czerpiąc garściami z jego dobrodziejstw. Goniłam własne marzenia niczym dmuchawce unoszone przez ciepły wiatr. Wszystko czego pragnęłam, miałam na wyciągnięcie ręki. Nigdy nie mogłam powiedzieć, że jest mi źle, nawet jeśli wychowywałam się bez matki, bo ojciec ofiarował mi o stokroć większą miłość niż ta matczyna. Stworzył mi bezpieczny azyl, w którym zawsze mogłam się schronić. Spełniał wszystkie zachcianki, które tylko sobie ubzdurałam. Moje dotychczasowe życie, było istną sielanką. Jedynym co burzyło mój wręcz utopijny świat, była myśl o mamie i ciągłe zastanawianie się, czemu mnie nie chciała, czemu nas opuściła. Nigdy jej nie widziałam na oczy. W każde święta wyczekiwałam z utęsknieniem na choć jedną głupią kratkę, która nigdy nie doszła. Co za ironia losu – nie dość, że wychowywałam się bez matki, to jeszcze od trzech miesięcy nie mam ojca. I nie będę go mieć jeszcze przez blisko osiem lat – no chyba, że wyjdzie za dobre sprawowanie. Tak, jest we więzieniu. Znaleziono obciążające go dowody w sprawie jego rzekomej współpracy z rosyjską mafią. Nonsens. Nigdy nie uwierzę w to, że choć część pieniędzy, które mamy zostały zarobione na lewo. Nie wolno mi się z nim póki co widywać. Ojciec chciał mi załatwić ochronę na ten czas, kiedy on będzie zamknięty i dopóki nie wyłapią tych wszystkich bandziorów. Tere fere. Co niby da mi ochrona? Jak będą mnie chcieli zabić, to i tak to zrobią, bez względu na moją ochronę. Nawet jak założą mi kuloodporny pancerz, to zdetonowanie mnie nie będzie stanowiło dla nich żadnego problemu.Od kilku dni jednak, zastanawiam się poważnie nad wynajęciem kogoś, kto mógłby mnie strzec. Wiedziałam, że ci bandyci będą mieli mnie na oku i spróbują mnie nastraszyć – tata mnie ostrzegł – jednak na początku nie brałam tego zbyt poważnie. Kilka głuchych telefonów w środku nocy nie wywarło na mnie większej presji czy przestrachu. Tłumaczyłam je, jako głupi żart dziecka któregoś z sąsiadów. Nic szczególnego. Poważnie zaczęło się robić, dopiero gdy w pobliżu mojego domu pojawiało się coraz to więcej podejrzanych typów w czarnych limuzynach z przyciemnianymi szybami, oraz jak w skrzynce na listy znajdowały się anonimy z pogróżkami. Byłam jednak w dalszym ciągu sceptycznie nastawiona do tego wszystkiego, bo mieszkałam w rezydenci z niewątpliwie najlepszym zabezpieczeniem antywłamaniowym w okolicy. Co złego mogło mi się stać? Cóż, do tamtego momentu raczej niewiele, dzisiaj jednak, sprawy nabrały szczególne złego obrotu.
    Siedziałam właśnie na korytarzu uczelni, w której tego roku rozpoczęłam studia, kiedy zauważyłam postać, która szczególnie przykuła moją uwagę. Był to młody mężczyzna. Oszacowałam jego wiek na jakieś 25 lat. Wyróżniał się spośród tłumu swoim zarostem – była to pierwsza rzecz, na którą zwróciłam uwagę – kruczoczarnymi włosami oraz przypalaną cerą. Dostrzegłam też, że spod jego skórzanej kurtki, której rękawy podciągnięte były pod same łokcie, wyłania się fala tatuaży. Stał oparty o barierkę schodów, z rękami utkwionymi w kieszeni. W sumie nie byłoby to nic dziwnego, w szkole tak kreatywnej jak ta, gdyby nie fakt, że jego oczy bacznie śledziły każdy mój ruch i analizowały moje gesty oraz mimikę. Kiedy Mulat zorientował się, że poczułam jego wzrok na sobie, szybko przeniósł spojrzenie na kolorową gazetkę z rozpiską sztuk teatralnych wiszącą na ścianie obok. Po chwili znów zerknął na mnie. Nie chciałam, żeby nasze spojrzenia się spotkały, więc uciekłam wzrokiem ku książce, którą kurczowo trzymałam w ręku. Nagle jej okładka wydała mi się interesująca. Aby uniknąć wyczuwalnego niebezpieczeństwa i kłopotów, które niewątpliwie nadciągały, postanowiłam się udać pośpiesznie do toalety. Kiedy ruszyłam z miejsca, zauważyłam kontem oka, że ów mężczyzna także wykonał kilka kroków w przód. Skręciłam więc szybko do klasy obok i zamknęłam za sobą drzwi. Ponownie poczułam strach. Nie miałam żadnej pewności, że ten facet to bandyta, który powinien teraz garować razem z ojcem, ale wszystko na to wskazywało. A już na pewno trzy rzeczy. Po pierwsze nigdy go tu jeszcze nie widziałam, więc nie mógł być jednym ze studentów. Po drugie non stop mnie obserwował, jakby bał się, że mu zniknę z pola widzenia. A po trzecie miał miliard dziar na rękach i niewątpliwie na innych częściach ciała też, a przecież normalni ludzie, z dobrego domu, nie tatuują sobie tak całego ciała. No chyba, że są dziećmi raperów. Tak czy siak, modliłam się, żeby tu za mną nie wszedł. Bo niby czym miałam się bronić – pudełkiem kredy? Na moje szczęście w tej sali właśnie miałam dzisiaj wykłady, więc nie musiałam jej opuszczać do końca zajęć. Kamień z serca.
    Po dłużących się wykładach, udałam się z moimi bliskimi znajomymi na parking przed uczelnią, gdzie zaparkowany był samochód Bena, który po drodze zgarniał mnie, oraz Donnę na zajęcia, a potem odwoził. Całkiem zapomniałam już o tym Mulacie, który przed południem zakłócił mój wewnętrzny spokój.
–  Już myślałem, że Wilkes nigdy nie skończy pieprzyć – zaczął Ben odpalając papierosa.
–  Daj spokój, połowę przespałam. – odezwała się Donna.
–  A powiedz mi, kto nie – zaśmiał się Blondyn – Co ty taka małomówna Del? – zwrócił się do mnie.
–  Zastanawiam się nad tym stypendium do Nowego Jorku – odparłam siadając na masce auta.
–  Wybierasz się? – zaciekawiła się Ruda.
–  A myślisz, że mam szansę się dostać? – skarciłam ją wzrokiem.
–  W sumie to jest więcej niż pewne, że to pupilki tej szmaty od historii teatru pojadą. Ona nikogo innego nie puści. – pokręcił głową Ben i zaciągnął się dymem.
–  Czemu nie pojedziesz na własną rękę? – wałkowała temat Donna.
Bo jadąc na własną rękę do Nowego Jorku, nie będę miała szansy pracować za kulisami na Broadwayu, a co za tym idzie nie będę miała szansy obserwować pracy aktorów, ani nie wezmę udziału w żadnym przesłuchaniu. A poza tym, wyjazd na stypendium liczyłby mi się, jako dni usprawiedliwione tutaj, czy jakoś tak. – westchnęłam.
Ta, uważaj, bo jeszcze Cię James Cameron z Broadwayu do Hollywood porwie. – zaśmiała się Ruda.
–  Przestań, mówisz tak, bo jej zazdrościsz, bo wiesz, że ona ma jeszcze szansę się dostać, a ty z twoją średnią nawet nie masz co aplikować o stypendium – wtrącił się Ben i rzucił niedopałek na ziemię. Donna zmarszczyła brwi, na znak rozgniewania – drogie ladies – rzekł otwierając drzwi do swojego wozu i tym samym zaprosił nas do środka.
    Szybko zeskoczyłam z maski i odruchowo obejrzałam się za siebie. Dostrzegłam nieopodal zaparkowane czarne, sportowe auto, było to bez wątpienia jakieś stare Audi. Jednak to nie jego marka, lecz kierowca przykuł moją uwagę. Za kierownicą siedział ten sam mężczyzna, który obserwował mnie na korytarzu kilka godzin temu. On znowu się na mnie gapił. Nogi się pode mną ugięły. Czym prędzej wskoczyłam do srebrnego Mercedesa Bena i poprosiłam, by chłopak się sprężał, gdyż spieszę się do domu. Blondyn odpalił silnik i ruszył z piskiem opon. Przez całą drogę, bałam się spojrzeć w lusterko, by przypadkiem nie dostać ataku serca, kiedy okaże się, że ten ktoś za nami jedzie. W gruncie rzeczy atak serca, nie byłby aż taki zły, przynajmniej zginęłabym śmiercią naturalną bez ingerencji osób trzecich, a już zwłaszcza jego. Gdy Ben zatrzymał się już pod moim domem, niechętnie wysiadłam z wozu. Bałam się, że ten ktoś kręci się już dookoła mojego domu. Rzuciłam więc na pożegnanie – Do wieczora – i biorąc głęboki wdech dosłownie wyskoczyłam z auta niczym oparzona trzaskając przy tym drzwiami. Drogę od podjazdu aż pod drzwi mojej rezydencji przebyłam w szybkim marszu. Nie oglądałam się za siebie, gdyż nie chciałam nic i nikogo już więcej zauważyć. Moje trzęsące się dłonie ledwie natrafiły kluczem na zamek w drzwiach. Weszłam czym prędzej do środka zamykając za sobą drzwi na wszystkie możliwe spusty. Teraz mogłam odetchnąć z ulgą. Tutaj już nie ma opcji, żeby ktokolwiek nieproszony mógł się dostać – a przynajmniej takie było moje przeświadczenie. 

***Zayn's POV***
    Jestem wściekły, że przełożona dała mi właśnie to zlecenie. Przecież ja mam swoje życie i nie uśmiecha mi się ciągłe łażenie i pilnowanie jakiejś małolaty, która sama nie potrafi o siebie zadbać. Wygląda na rozpieszczoną gówniarę, która zawsze otrzymywała od losu wszystko, czego tylko zapragnęła, a jak jej się to znudziło, to bez mrugnięcia okiem to wyrzucała i zastępowała nowym badziewiem. Tak już jest, jak się ma za dużo kasy. Po otwarciu jej akt, które na moje ręce złożyła Kowalsky, wyczytałem, że powinna być teraz na Bloomsbury. Udałem się więc tam. Początkowo miałem trudności z rozpoznaniem mojego zlecenia pośród innych studentek, których było pełno na korytarzach. Zmuszony byłem latać w te i wewte po wszystkich piętrach, aby znaleźć ją w końcu na samej górze. Stała pod oknem. Na pierwszy rzut oka, nie byłem pewien, czy to ona, ale jakiś chłopak ułatwił mi to zadanie, gdyż rzucił z daleka jej imię „Delilah!”, na co dziewczyna zareagowała promiennym uśmiechem. Blondyn podszedł do niej i pocałował ją w policzek na przywitanie. Para rozmawiała krótką chwilę, po czym chłopak udał się w swoją stronę. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Analizowałem ostrożnie, ze zdwojonym skupieniem każdy jej ruch, gest, czy choćby najmniejszy grymas. Dziewczyna sprawiała wrażenie nieobecnej, zamyślonej. Zupełnie tak, jakby coś ją trapiło. Jej włosy upięte były w wysoki kok na czubku głowy, który chyba jej się znudził, gdyż jednym, szybkim, zdecydowanym ruchem dłoni, wyjęła spinkę podtrzymującą fryzurę i pozwoliła, by jej długie włosy opadły na jej ramiona oraz plecy. Ubrana była w zwiewną, kwiecistą sukienkę, która pasowała do jej urody, oraz szczupłej sylwetki. Gdyby była przynajmniej o dwa lata starsza, zainteresowałbym się nią. Takie młode laski mnie nie ruszają, bo są niezdecydowane i marzą o disneyowskim księciu na białym rumaku, który ich wyswobodzi od złej macochy – oświaty – i będzie na nie harował niczym niewolnik, żeby one mogły pławić się w luksusach, bez żadnego wykształcenia. Chyba popełniłem strategiczny błąd i wpatrywałem się w nią zbyt intensywnie, gdyż ona poczuła na sobie mój wzrok i strasznie się speszyła. Przez pierwsze kilka sekund wpatrywała się we mnie ze zdumieniem. Nie wiedziałem jak się zachować, więc uciekłem wzrokiem. Kiedy ponownie spojrzałem w jej kierunku, jej już nie było. Rozejrzałem się ostrożnie po korytarzu i dostrzegłem ją, jak zmierza w jego głąb. Blondynka obejrzała się do tyłu i z pewnością spostrzegła mnie, jak za nią podążam. Przedarła się przez grupkę studentów i weszła do jednej z sal zamykając za sobą drzwi. Nie mogłem przecież tam za nią wejść. Zdemaskowałaby mnie. Uznałem, że nic tu po mnie. Wróciłem więc na parking gdzie stał mój wóz. Usiadłem na jego masce i odpaliłem papierosa. Nie wiedziałem ile będę musiał czekać, aż jej zajęcia dobiegną końca. Byłem wkurzony, gdyż uważałem to wszystko za kompletną stratę czasu. Jakby tego było mało, mój telefon zaczął dzwonić. Wyjąłem go od niechcenia z kieszeni spodni. Dzwoniła Brooke – moja dziewczyna. Nacisnąłem zieloną słuchawkę.
–  Stało się coś? – zapytałem na wstępie.
–  Nie – odparła – dzwonię, bo chciałam usłyszeć twój głos skarbie.
–  Usłyszałaś. Coś jeszcze? – zaciągnąłem się szlugiem.
–  Czemu taki jesteś? – drążyła dziurę w całym.
–  Jestem w pracy. Nie mogę rozmawiać – odparłem z chłodem.
–  Rozumiem. Mimo wszystko nie musisz być taki oschły – wkurzyła się.
–  Przestań – syknąłem.
–  Tęsknię za tobą. Nie widzieliśmy się wczoraj – usłyszałem – mam coś dla ciebie.
–  Dla mnie? – zaciekawiłem się.
–  Byłam wczoraj na zakupach i kupiłam coś, co tobie się bardzo spodoba – zachichotała.
–  Kontynuuj – rozkazałem.
–  Właściwie to kupiłam to sobie, ale ty też będziesz zachwycony. Pokażę ci wieczorem. Uprzedzam, że tej nocy nie pozwolę ci zasnąć. Mam na ciebie taką ochotę – wymruczała do słuchawki.
–  Już mi ślinka cieknie – przygryzłem dolną wargę na samą myśl o jej krągłościach.
–  Kochanie, muszę już kończyć. Odezwę się wieczorem. Kocham Cię mocno – rzekła czule.
–  Na razie – odparłem i rozłączyłem się.
    Nigdy nie lubiłem jej bezsensownych telefonów. Czy ona nie rozumiała, że tylko niepotrzebnie zawraca mi nimi głowę? A może zwyczajnie mnie sprawdzała? Jesteśmy parą od blisko dwóch lat. Poznaliśmy się przypadkiem na jednej z imprez. Od początku była upierdliwa i łaziła za mną, aż w końcu udało się jej mnie usidlić. Jako dziewczyna nie jest zła. Ma w sobie wiele wyrozumiałości i szczerze jej na mnie zależy. Szkoda tylko, że nie żąda ode mnie szacunku. Nie lubię, kiedy kobieta przytakuje mi we wszystkim. Brooke jest potulna jak baranek. Daje mi się na tacy. To trochę nudne. Nie umiem jej szanować, kiedy ona nie szanuje samej siebie. Mogę to powiedzieć otwarcie: jestem z nią dla seksu. Wiem, że ona mnie kocha i to zuchwałe z mojej strony, ale ja nie potrafię obdarzyć jej takim uczuciem, na jakie zasługuje. To tylko przywiązanie sprawia, że jeszcze jej nie zostawiłem. Raz byłem już bliski powiedzenia jej, że z nami koniec, ale ona wtedy zasłabła i wylądowała w szpitalu. Nie mogłem jej porzucić w takim momencie. Jakieś tam wyrzuty sumienia się we mnie odezwały. Ona zasługuje na więcej, może kiedyś sama to zrozumie.
    Minęło blisko pięć godzin, zanim tleniona opuściła budynek uniwersytetu w towarzystwie swoich znajomych. Cała trójka stała kilka minut przy aucie należącym do tego samego kolesia, którego przyuważyłem rano, a następnie wsiedli i ruszyli z piskiem opon. Przez moment myślałem, że moje zlecenie mnie zauważyło, gdyż spojrzała w moją stronę, ale chyba wysnułem pochopne wnioski. Powoli, jak gdyby nigdy nic, ruszyłem za nimi. Na pierwszym skrzyżowaniu ich zgubiłem. Wszystko za sprawą czerwonego światła. Postanowiłem więc udać się pod dom mojego zlecenia, gdyż tam najprawdopodobniej powinni się kierować. Sprawdziłem jeszcze raz dokładny adres w aktach i udałem się na Chelsea, gdzie panna Herrington mieszkała.
Zaparkowałem samochód jedną ulicę dalej i pieszo poszedłem pod jej dom. Wyglądało na to, że już jest u siebie. Nie do końca wiedziałem co mam z sobą zrobić. Stałem kilka minut przed bramką. Kiedy zauważyłem, że nadjeżdża jakieś podejrzane, czarne auto z przyciemnianymi szybami, przeskoczyłem przez furtkę i skryłem się za potężnym konarem drzewa. Samochód zwolnił przed bramą Herringtonów. Wygląda na to, że ktoś ją jeszcze poza mną obserwuje. Jedna sprawa nie dawała mi spokoju. A mianowicie, ciekawiło mnie, jak dokładnie zginął Chandler. Wiem, że to po nim przejąłem tę sprawę, ale do cholery, kto go niby sprzątnął? Musiał pojawić się w niewłaściwym miejscu, o złym czasie. Takie przynajmniej jest moje zdanie. Przecież gdyby ci ludzie chcieli tę pannę załatwić, to już dawno by to zrobili, bez najmniejszego problemu. Tu musi chodzić o coś więcej. Ona musi coś wiedzieć. Musi być jakimś kluczem, którego oni potrzebują. Może chcą po prostu kasy, z którą jej stary im zalega. Są różne opcje. Moim zadaniem jednak, jest ją chronić, a nie bawić się w detektywa. Nie chciałem, żeby mnie zauważyła, więc wspiąłem się na drzewo, skąd swoją drogą miałem świetny widok na jedną z części domu. Odnalazłem chyba też wzrokiem jej pokój. Tak mi się przynajmniej wydaje. Pomieszczenie było jasne, przestronne i babskie. Może nawet nie jego wystrój, ale fakt, że ona właśnie w nim przebywała mnie w tym uświadczył. Krzątała się po pomieszczeniu, wyciągając z szafy rozmaite ciuchy. Część z nich była krzykliwa i świecąca. To było dla mnie jasne, że wybiera się na imprezę. Laska nie próżnuje, odkąd jej ojca zapuszkowali. Coraz bardziej podobał mi się ten punkt obserwacyjny na drzewie. A już zwłaszcza spodobał mi się, kiedy rozebrała się do samej czarnej, koronkowej bielizny, aby przymierzyć inny ciuch. Okręciła się w nim dookoła przeglądając się w lustrze. Chyba spodobało się jej to co widziała w odbiciu, bo pozostała w nim. Po chwili wyszła z pomieszczenia i zniknęła mi z pola widzenia. Posiedziałem jeszcze na górze z jakąś godzinę, ale znudziło mnie już szpiegowanie jej. Zeskoczyłem więc z drzewa i przeskoczyłem przez bramkę, po czym udałem się po samochód. Przecież nic takiego się chyba nie stanie, jeśli ją odstąpię na kilka minut. Kiedy podjechałem samochodem w pobliże jej rezydencji, dostrzegłem ją, jak wsiada do tego samego auta, co pod uczelnią. Bez dłuższego namysłu, pojechałem za nimi.

***Delilah's POV***
    Ostatnio słabo sypiam, a co za tym idzie, mam mniej energii niż zwykle, więc wypady na imprezy, nie są dla mnie obecnie żadną przyjemnością. Gdyby nie to, że Ben nalegał, aby z nimi jechała do „Harms” dzisiejszego wieczoru, to z pewnością siedziałabym w domu, otulona ciepłym kocem, oglądając jakiś babski, wyciskacz łez. No, ale cóż. Zgodziłam się, więc muszę iść. Wygrzebałam z dnia szafy jakąś małą czarną, którą sparowałam ze szpilkami od Dolce&Gabbana. Szybko przeczesałam palcami włosy, które samoczynnie się ułożyły jak należy, podkręciłam rzęsy zalotką, po czym je pomalowałam, zapudrowałam nosek, nałożyłam trochę różu na policzki i musnęłam usta różowym błyszczykiem o smaku malin. Byłam gotowa do wyjścia. Musiałam jednak poczekać trochę na Bena, ponieważ władował się w jakiś londyński korek. Kiedy już przyjechał, zbiegłam na dół, zgarnęłam małą, czarną torebeczkę od Dior, w której trzymałam klucze od domu, portfel oraz telefon – i wyszłam z domu, zamykając go za sobą na wszystkie spusty. Pośpiesznie wsiadłam do auta i przywitałam się ze wszystkimi. Ku mojemu zaskoczeniu byłam tylko ja, Donna, Ben oraz Aaron – brat blondyna. Nie upłynęło piętnaście minut, kiedy znaleźliśmy się pod klubem. Ben od razu chwycił moją dłoń, uśmiechając się przy tym szeroko, co spotkało się z grymasem niezadowolenia na twarzy Rudej. W sumie to średnio ją lubiłam. Po przekroczeniu progu, uderzył mnie nieprzyjemny zapach dymu tytoniowego połączony z odorem alkoholu. Wszyscy wewnątrz wyglądali na konkretnie wstawionych. Udaliśmy się wspólnie do wynajętego wcześniej stolika. Chłopak ani na moment mnie nie odstąpił. Zaczęło mi się to podobać. Aaron przyniósł z baru pierwsze shoty, które rozeszły się w mgnieniu oka. Potem kolejne i następne i jeszcze jedne. Straciliśmy rachubę tego, ile wypiliśmy. Nabrałam wraz z Donną ochoty na trochę szaleństwa na parkiecie. Lekko chwiejnym krokiem zaczęłyśmy podążać pod DJ'kę, gdzie mogłyśmy swobodnie tańczyć. To jednak było dla mnie za mało. Upatrzyłam sobie niewielki stolik niedaleko, na który bez zastanowienia wskoczyłam, aby dalej móc tańczyć. Nie przejmowałam się tym co ludzie pomyślą. Po takiej ilości alkoholu, już niewieloma rzeczami się przejmowałam. Słyszałam poklaskiwania i gwizdy męskiej części widowni. Już miałam posunąć się odrobinę dalej, ale poczułam dłonie, które zacisnęły się dokoła mojej talii i ściągnęły mnie z powrotem na podłogę.
–  Wypiłaś za dużo – usłyszałam znajomy głos Bena.
–  Nie, ja chcę tańczyć! – wykrzyknęłam w pijańskim bełkocie.
–  Del, chodź! – rozkazał i pociągnął mnie z całych sił za dłoń.
–  Wyluzuj – zaśmiałam się, po czym popchnęłam go na pobliski filar i zaczęłam całować. Chłopak bez dłuższego namysłu zaczął odwzajemniać pocałunki.
–  Dobra, dość – odepchnęłam go – i tak nic z tego nie będzie – roześmiałam się i poszłam ku naszemu stolikowi.
    Właśnie miałam siadać na tyłku i zachować spokój, do momentu, aż choć trochę nie wytrzeźwieję, ale wśród tłumu dostrzegłam postać, która zmroziła krew w moich żyłach. Był tu ten Mulat. Siedział naprzeciwko i ponownie mnie obserwował. Już nie potrzebowałam trzeźwieć bardziej, słowo. Właśnie podszedł do mnie Ben, który niczego nie rozumiał.
–  Przepraszam Ben, ja już idę do domu – powiedziałam
–  Jeśli ja coś zrobiłem... – zaczął.
– Nie, nie – zaprzeczyłam – to ja się wstawiłam jak jakaś siksa. Lepiej będzie, jak już pójdę – dodałam.
–  Odwiozę cię – zaproponował.
–  Taksówka już jedzie – skłamałam i przytuliłam go na pożegnanie, po czym wyszłam z klubu.
Wiedziałam, że ten mężczyzna pójdzie za mną. Przecież po to tu jest – żeby mnie dopaść. W mojej głowie zrodził się szybki pomysł, na to, żeby go przechytrzyć. Skryłam się więc za winklem gotowa na wszystko, co miało nastąpić.

***Zayn's POV***

    „Harms” znałem tak dobrze, jak własną kieszeń. Często tu z kumplami przychodzę, jeśli tylko znajdę chwilkę czasu. Oczywiście Brooke się to nie podoba, że jej nigdy nie chcę ze sobą zabrać w takie miejsce, ale po co niby? Żeby się przyglądała temu, jak wyrywam inne? Aż taką masochistką raczej nie jest, a nawet jeśli, to już jej sprawa. Ciężko było upilnować tlenioną w tak tłocznym miejscu. Zaraz po przekroczeniu progu, zniknęła z pola mojego widzenia. Próbowałem ją odszukać wzrokiem, ale na próżno. Usiadłem więc przy barze i rozglądałem się dookoła. Nigdzie jej nie dostrzegłem. Myślałem już, że zmienili klub, aż tu nagle usłyszałem gwizdy i oklaski dobiegające z okolic parkietu. Postanowiłem sprawdzić, co się tam dzieje. Moje usta otwarły się na znak zdziwienia, kiedy okazało, że to właśnie moje zlecenie, wywijające sobie beztrosko na jednym ze stolików budziło taką sensację wśród ludzi tu obecnych. Przyznam, że miło patrzyło się na tę całą szopkę, a ta mała umie się ruszać. Po chwili przyleciał ten jej wielbiciel i ściągnął ją siłą z tego stołu. Tak oto piękne przedstawienie się skończyło. Nie chcąc jej ponownie stracić z oczu, udałem się za nią w stronę miejsca, w którym siedzieli jej znajomi. Stanąłem w bezpiecznej odległości. Nie na tyle bezpiecznej jak się jednak okazało, aby ona mnie nie dostrzegła. Myślałem, że za moment zlinczuję samego siebie, kiedy dotarło do mnie, że mnie zauważyła. Blondynka zaczęła zmierzać w stronę wyjścia z klubu. Nie miałem wyjścia, musiałem iść za nią. Będąc już przed klubem, dostrzegłem jej sylwetkę znikającą za rogiem. Bez dłuższego namysłu przyspieszyłem kroku w wiadomym mi kierunku. Nudziło mnie już to wszystko. Jeśli tak właśnie mają wyglądać kolejne dni mojego życia, to ja dziękuję. Właśnie miałem skręcać w prawo za rogiem podążając za dziewczyną, kiedy poczułem uderzenie w brzuch. Zgiąłem się wpół jak scyzoryk. Uniosłem oczy na stojącą przede mną postać nadal kurczowo trzymając się za brzuch. Nie zdążyłem powiedzieć słowa, bo otrzymałem kolejny cios. Tym razem w żebra.
–  Zostaw mnie w spokoju! – usłyszałem.
– Ale... – chciałem coś powiedzieć, ale zanim wydusiłem z siebie choć jedno słowo, ponownie uderzono mnie torebką, tym razem w głowę. Upadłem na beton, a napastnik na szpilkach zbiegł. Tak, była to Delilah Herrington.


Dziękuję każdemu, kto przebrnął przez pierwszy rozdział ♥ Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Proszę, pozostaw po sobie komentarz, bardzo zależy mi na Twojej szczerej opinii x.
PS. Gif'a zrobiłam sama, jak Wam się podoba? :)

All the love as always, Hipsta x


poniedziałek, 30 marca 2015

Prolog - "Piąty"

SACRUM
cz. I
"Piąty"

       
♪♫♪
Bez pukania wszedłem do biura przełożonej.
  Długo miałam jeszcze na ciebie czekać Malik? – usłyszałem od progu. Kobieta zmierzyła mnie spojrzeniem swoich błękitnych oczu. Nie zamierzała czekać na odpowiedź – Masz nowe zlecenie – dodała.
 – Co tym razem? – zapytałem zajmując miejsce na krześle naprzeciw jej biurka. Zacząłem ją ostrożnie obserwować. Jej twarz oblewała smuga słonecznego światła dobiegającego zza okna. Jak zwykle nogę miała założoną za nogę, a ostatni guzik białej koszuli kusząco rozpięty. Uśmiechnąłem się na samą myśl o tym, co się może kryć pod skrawkiem tego materiału.
 – Delilah Herrington – odparła – Piękna, młoda i bardzo niewinna. Dokładnie tak jak lubisz – kąciki jej ust uniosły się ku górze formując się w cyniczny uśmiech.
 – Od niedawna wolę dojrzałe i niezależne kobiety –  rzuciłem niezobowiązująco, kierując tym samym swój wzrok na jej dekolt.
 – Mogę dać ci numer mojej babci, jeśli chcesz – syknęła w akcie samoobrony – Trzymaj – dodała przesuwając dłonią po biurku w moją stronę białą teczkę.
 – Co to? – zapytałem niewzruszony nie patrząc nawet na ową rzecz.
 – Chandler prowadził tą sprawę przez ostatnie dwa miesiące. Spisał wszystkie informacje o tej dziewczynie, jakie tylko udało się mu ustalić – wyjaśniła.
 – Co konkretnie? – zaciekawiłem się.
 – Jej adres, miejsca w których przebywa, z kim się w ostatnim czasie spotkała i gdzie. Spisał też godziny jej zajęć na uczelni, wstępny grafik pracy, oraz wiele, wiele innych ciekawych rzeczy – usłyszałem.
 – Takich jak rozmiar stanika? – parsknąłem śmiechem.
 – I kolor stringów – ponownie syknęła.
 – Po co mi to wszystko właściwie? – postanowiłem dojść do sedna sprawy.
 – Będziesz jej bodyguardem – na jej twarzy ponownie pojawił się cyniczny uśmiech.
 – Nie ma mowy. Nie bawię się w takie coś – wkurzyłem się – Przydziel ją Mike'owi.
 – Tak się składa Malik, że od śmierci Chandlera, to ty jesteś tu najlepszy. Czy tobie się to podoba czy nie. To jest twoje nowe zlecenie i masz się z niego wywiązać – powiedziała stanowczo.
 – Jeśli już to jedynym głupim, którym wam został! Nie chcę całymi dniami łazić za szanowną divą i taszczyć jej torby z zakupami, ani pilnować, czy śpi, czy może właśnie teraz ktoś podrzyna jej gardło. Mam własne życie! – wykrzyczałem.
 – Jak każdy z nas! – usłyszałem. Blondynka podniosła się z miejsca i podeszła do okna – Ta dziewczyna nieświadomie wplątała się w potworne szambo, a my musimy ją mieć na oku. Chroniło ją już czterech agentów. Kowalsky, Jefferson, Arrington i Chandler. Kowalsky przeszedł na emeryturę, Jefferson i Arrington poprosili o przeniesienie, a Chandler... no cóż, wypadek przy pracy. Ty jesteś piąty – powiedziała wpatrując się w okno – Jest jeszcze jedno – zaczęła – ona nie może wiedzieć, że za nią chodzisz. Nie zgodziła się na ochronę, więc musimy to zrobić bez jej wiedzy.
 – Jeszcze lepiej – przewróciłem oczami – To jak ja mam ją niby pilnować nie pilnując jej? – zapytałem żądając wyjaśnień. Kobieta odwróciła się w moją stronę i z uśmiechem odparła:
 – Ja ci tego nie powiem, ale wiem, że ty sam już coś wymyślisz.
Wkurzony podniosłem się z miejsca i zacząłem podążać w stronę drzwi.
 – Malik, teczka – usłyszałem głos przełożonej. Przystanąłem na moment, po czym odwróciłem się na pięcie i ponownie podchodząc do biurka zgarnąłem teczkę i bez zbędnych słów wyszedłem.

Siedząc już w aucie postanowiłem ją otworzyć. W końcu kiedyś i tak musiałem to zrobić. Porywczo szarpnąłem za jedną z końcówek wstążki zawiązanej na kokardkę i tym samym otworzyłem teczkę.
„Delilah Herrington” – wyszeptałem do samego siebie – Niezła z ciebie dupa – dodałem po chwili wertując wzrokiem zdjęcia dziewczyny znajdujące się wewnątrz – No to zabawę czas zacząć – rzekłem stanowczo kładąc na siedzeniu akta, po czym przekręciłem kluczyk znajdujący się w stacyjce mojego samochodu i ruszyłem z piskiem opon. Kierunek? Uniwersytet Londyński na Bloomsbury. Przynajmniej tam według rozpiski powinna się teraz znajdować.

PS. Dziękuję każdemu, kto przebrnął przez ten prolog. Bardzo proszę zostaw po sobie komentarz, gdyż bardzo zależy mi na twojej szczerej opinii.
To dopiero prolog, ale mam nadzieję, że zachęcił Was do przeczytania dalszej części mojego ff. ♥ Ilysm x
@miss__infinity